FANDOM


Panna Wickerbottom jeszcze nigdy tak bardzo się nie bała, jak wtedy – patrząc w rozbrzmiewający echem tanecznej melodii labirynt szachownicowych korytarzy. Myślała, że już przywykła do dziwactw tego świata. Oczywiście były tu liczne, jak je określał Wandx, „Czynniki Nieznane” jak magia, żywe cienie, i „trudne do określenia, demoniczne coś”, jednak potrafiła je wpasować w świat. W końcu magia to nic innego przecież jak inny rodzaj energii, prawda? A energia, wedle niektórych uczonych, może zmieniać się w materię i na odwrót, toteż przemiany czynione przez nią są jak najbardziej wytłumaczalne. Znowu niezwykłe stworzenia… No cóż, jest tu mnóstwo stworzeń, które nie powinny istnieć, ale przecież mogą bazować na magii, wykorzystywać ją. Reszta to znów pionki Maxwella, on dba, żeby istniały, żeby przetrwały mimo ewolucyjnego nieprzystosowania. Wszystko sobie poukładała, dzięki czemu do tej pory łatwiej niż inni pozostawała przy zdrowych zmysłach. Niestety odkąd trafili na tę wyspę…

Nieustająca ciemność, bawoły, ptaki i króliki pogrążone w wiecznym śnie, który nie zna czegoś jak śmierć głodowa. Nie potrafiła tego wyjaśnić. Tego ani innych rzeczy, które dostrzegała kątem oka, a które natychmiast znikały kiedy tylko odwracała głowę. A teraz te korytarze, ta muzyka. Niby nie były aż tak dziwne, jeżeli je porówna do wiecznego snu spowijającego tę wyspę, ale… Czuła, że w spowitym ciemnością labiryncie coś się czai. Tysiące wrogich, żądnych krwi spojrzeń, cieniste bestie i świadomość tak wroga, tak odkształcona jak to tylko możliwe. A ta muzyka… zwykłe, gramofonowe pitolenie, a jednak oddałaby niemal wszystko, aby zamilkło.

- Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak iść naprzód – usłyszała obok siebie głos Wilsona. Drżał.

Westchnęła. Była jego nauczycielką. Jego i Willow. Nie oficjalnie oczywiście, zastępowała tylko chorych pedagogów, ale jednak. Dlatego teraz też powinna zachować się jak prawdziwa nauczycielka. Poprowadzić ich. Odepchnąć trawiący ją strach i zrobić krok naprzód.

- Istotnie – mruknęła. Krótkie słowa i wyrażenia były dobrą strategią. Nie dawały głosowi czasu na drżenie. – Za mną. Razem.

Stając na ułożonych w szachownicę kafelkach  miała wrażenie jakby właśnie skoczyła w otchłań, a upadek został nieco odsunięty w czasie. Nerwowo poklepała zrobiona z trzcin uszczelnionych pajęczym jedwabiem sakwę, na co rozbrzmiał dźwięk podobny do uderzenia wypełnionego podręcznikami tornistra. Odetchnęła – jeżeli coś pójdzie naprawdę nie tak, zawsze ma swoje notatki, swoje książki. Naprawdę wolałaby nie sięgać po nie, ale w razie czego pokaże Maxwellowi, pokaże IM kimkolwiek nie są. Całe to przeklęte miejsce zadrży w posadach! Rozniesie je na strzępy!

Nie. Nie na razie nie powinna nawet o tym myśleć. Nawet w jej świecie słowa mogły mieć niszczycielską moc, a tu… Nie. Książki to ostateczności. Naprawdę ostateczność.

Powoli ruszyła naprzód.

Szachownicowy labirynt był jednym z najbardziej przerażających, ale też i  najdziwniejszych miejsc, jakie widziała od przybycia do tego przeklętego miejsca. Ściany miały rozłamy i pęknięcia, zupełnie jak w jaskiniach, ale jednocześnie zachowywały niezwykłą, wręcz szklistą gładkość. Zewsząd zapalały się i gasły tajemnicze kolumny-pochodnie rozświetlając plątaninę korytarzy, a jednak miała wrażenie, że ciemność nadal w nich zalega.. Cienie pełzały na granicy wzroku kpiąc z człowieka. Gdy tylko odwrócić głowę, pojawiały się w miejscach, gdzie nie powinno ich być, i natychmiast znikały, jeżeli na nie spojrzeć. No i to przeklęte sklepienie. Nie ważne jak jasne były światła w korytarzach, ono zawsze pozostawało smoliście czarne niby sama Otchłań. Czeluść czekająca tylko, aby pochłonąć pechowca, który zbyt długo patrzy w jej odmęty. Ale to nie wszystko. Zdarzały się też miejsca, gdzie, wbrew logice, wprost z tworzącego posadzkę marmuru wyrastała trawa, na której drzemały pogrążone w nieprzespanym śnie zwierzęta. Część pozbawionych płomiennych kolumn korytarzy pożerał mrok, a inne oświetlały chmary szaleńczo roztańczonych świetlików. Jak dotąd nie natknęli się na żadnego przeciwnika, ale…

- Panno Wickerbottom! – Krzyknęła Willow. –  Niech pani ta to spojrzy!

Dopiero teraz bibliotekarka zdała sobie sprawę, że dziewczyny niema z nimi. Szlag! Przecież powiedziała, żeby szli razem! Rozdzielanie się w tym miejscu to najgorszy z możliwych pomysłów.

Obróciła się napięcie i szybkim krokiem ruszyła w stronę z której dobiegał krzyk, lecz Woodie powstrzymał ją:

- A jeżeli to nie ta mała? – zapytał chwytając ją za ramię. – To miejsce może robić nam sztuczki. Coś mogło dorwać ją, a teraz wabi nas w pułapkę udając jej głos. Zdarzają się ptaki odstawiające podobne numery, a co dopiero to, co tu żyje.

Bibliotekarka przystanęła. Drwal miał rację. Oczywiście nie zamierzała zostawić Willow, bez względu na zagrożenie, jednak wypadało zachować minimum ostrożności, szczególnie, że dziewczyna nie brzmiała na przestraszoną… A w każdym razie nie na bardziej przestraszoną niż powinna być w takim miejscu.

- Co się stało? – zawołała w kierunku z którego dobiegł ją krzyk.

- Stół! Tu jest stół zastawiony jedzeniem, przygotowany jak na przyjęcie! Jest wszystko. Świece, porcelanowe nakrycia, elegancki obrus i serwetki, a nad nim żyrandol! Wisi w powietrzu… Bardzo chciałabym, żeby ktoś tu przyszedł i powiedział czy to jest naprawdę czy mi się tylko wydaje. Bo jak wydaje mi się i wydają mi się nawet zapachy to znaczy, że jest źle.

Zdumiona bibliotekarka zamrugała i spojrzała na pozostałych. Większość wyglądała jakby balansowała na granicy załamania nerwowego, co – biorąc pod uwagę sytuację w której się znaleźli – było absolutnie zrozumiałe. Jednak wyglądało na to, że wieść o stole nie pogorszyła niczyjego stanu psychicznego. W końcu stół to nie krwiożercze bestie z mackami czy pragnące wyssać ich dusze demony, których wszyscy mniej lub bardziej oczekiwali.

- Co sądzicie? – zapytała.

- Chyba powinniśmy to zbadać – mruknął Wilson.

- Ale ostrożnie – dodał Woodie i zacisnął dłoń na Lucy, która zalśniła złowieszczo.

Koniec końców okazało się, że drwal niepotrzebnie się martwił. W bocznym korytarzu, gdzie czekała na nich Willow, nie czyhało żadne niebezpieczeństwo… No chyba, że za takie uznać srebrne sztućce, w przypadku noży i widelców bardzo ostre. Tak, to prawda. Dziewczynie nic się nie przywidziało. Istotnie ni stąd ni z owąd w tym przeklętym przez Boga labiryncie pojawił się uroczyście zastawiony stół. Srebrne sztućce i świeczniki, zastawa z najdelikatniejszej porcelany, haftowane serwety z jedwabiu, karmazynowy, wyszywany na obrzeżach złotą nicią obrus. Do tego jedzenie… Góry jedzenia. Kaczka z jabłkami, indyk, pieczone ziemniaki, duszone warzywa, smażona ryba, gulasz, torty, torciki i rozmaite ciasta. Ślinka leciała na sam widok.

- Powiedzcie mi, że to nie omamy, proszę – mruknęła Willow, spoglądając na nich błagalnie.

- No, mój nos i oczy mówią, że tak – mruknął Wolfgang i nim ktokolwiek zdążył zareagować, porwał ze stołu bułkę, którą niezwłocznie wpakował sobie do ust. – Smak też.

- Wolfgang! Przecież to może być zatrute! – Wickerbottom spojrzała na niego z przerażeniem na twarzy.

Wielkolud wzruszył tylko ramionami.

- Niewielka różnica. Całe to miejsce jest zatrute.

Wickerbottom otwarła usta, żeby coś powiedzieć, jednak nie wiedziała co. Lekkomyślność Wolfganga poraziła ją, świadczyła o tym jak blisko załamania psychicznego balansował. Mimo tego, jakaś jej część zazdrościła siłaczowi. Sama chciałaby zasiąść do tego wyśmienicie przyszykowanego stołu i zjeść coś przyzwoitego. Przecież już całe lata nie miała w ustach chleba, sera czy wina. Albo szarlotki, wspaniałej, wypełnionej jabłkami szarlotki, rumianej, chrupkiej i gorącej, która leżała na wyciągnięcie ręki. Tak bardzo chciałaby móc nie przejmować się konsekwencjami i zjeść kawałek…

…niestety była zawsze rozsądną panną Wickerbottom. Nie tą, która się ugina, ale tą, która stoi prosto i wyznacza innym właściwy kierunek. Kobietą o żelaznej woli. Taką rolę przyjęła już dawno temu i trzymała się jej bez względu na wszystko.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.