FANDOM


Edit:

Chciałabym przeprosić za zamieszenie z numeracją. Poprzednia cześć miała być oczywiście częścią pierwszą nie trzecią. Niestety machnęłam się, niezauważyłam, a tytułów blogowych wpisów nie mozna edytować. To tyle, zapraszam do czytania.

...............................................................................................................................................................



- Idziemy dalej – mruknęła bibliotekarka. – I Willow, naprawdę proszę cię, żebyś trzymała się grupy. Zresztą tyczy się to każdego z was. Musimy iść razem. Jeżeli ktoś się oddali, może przepaść na zawsze. Uważajcie na wszystko dookoła i na siebie nawzajem… I na cienie. Nie zachowują się jak powinny.

- Nigdzie na tym przeklętym świecie nie zachowują się jak powinny – zauważył Wilson.

- Tak, ale tutaj bardziej, zresztą sam to zauważyłeś, prawda?

Wilson skinął głową i zerknął na Woodiego, który skrzywił się niemiłosiernie. Wolfgang opiekuńczo przytulił Wendy, a Wandx wydał z siebie złowieszczy zgrzyt. Tak, wszyscy to zauważyli.

Zostawili stół biesiadny za sobą i ruszyli dalej, poprzez upiorny labirynt. Minuty mijały, a Wolfgang nadal czół się dobrze, w każdym razie pod względem fizycznym, zatem jedzenie nie zostało zatrute. Zastanawiało to Wickerbottom. Skoro całe to jedzenie nie było pułapką to czym? Ktoś chciał im pomóc? Wątpiła w to. Raczej wytrącić ich z równowagi. Tak, jeżeli to było Ich celem, udało im się jak nic.

Ich? Właściwie kim są Oni? Dlaczego nie myśli po prostu „Maxwell”?

Przeszedł ją dreszcz.

Nie wiedziała, czego jeszcze może spodziewać się po labiryncie, ale na pewno nie oczekiwała placu zabaw. Tak, placu zabaw czy raczej fragmentu parku z placem zabaw. Zabytkowymi huśtawkami, karuzelą i piaskownicą Było to jeszcze gorsze od biesiadnego stołu, który minęli ledwie pół godziny temu. Kolorowe, tonące w cieniach huśtawki i zdobne ławeczki miały w sobie coś niesamowicie upiornego. Niestety dalej było tylko gorzej.

Nie potrafiła tego określić, wyglądało to jakby przez labirynt przeplatały się fragmenty miejsc czy też minionych wydarzeń z realnego świata, ich świata, Ziemi. Po placu zabaw natknęli się na salon. Staromodną sofę rodem z początku wieku, lampę i elegancki  stolik do kawy. Na stoliku leżało parę banknotów, jakieś papiery, głównie nieopłacone rachunki, talia kart i cylinder. Nie zwykły, tylko taki, jakich używają magowie w swoich spektaklach. Niedługo potem dane było im zobaczyć pustą salę teatralną, zrujnowany pokój o spękanych ścianach i pokój dziecinny. Dość biedny, ale jednocześnie pogodny. Pełen dziecięcych rysunków gryzmolonych na zużytych kartonach i papeterii, prostych, drewnianych zabawek oraz ręcznie robionych, szmacianych kukiełek. Wszystko w nim wyglądało na kupione z drugiej ręki albo tanie, ewentualnie jedno i drugie. Jednak nie wyglądało na to, żeby mieszkańcu pokoju – piętrowe łóżko mówiło, że było ich dwóch – byli nieszczęśliwi. Szczególnie, kiedy wzięło się po uwagę, że wyglądał na lokum z początków wieku. W tamtych czasach dzieci niejednokrotnie wykorzystywano do pracy w fabrykach, gdzie harowały ponad dwanaście godzin dziennie dla paru nędznych groszy.

Wickerbottom wzdrygnęła się. Tak, pokój zapewne kiedyś był szczęśliwym miejscem, Teraz jednak, wśród cieni i coraz głośniejszych ech gramofonowej muzyki budził jedynie dreszcze i trudny do określenia smutek. Zastanawiała się, co to wszystko ma znaczyć. Rozumiałaby czyhające na ich życie potwory, upiorne omamy, pułapki, a nawet pokręcone zagadki, ale to? To wyglądało zupełnie jakby natykali się na… Na… Na czyjeś wspomnienia?

Zacisnęła szczęki. Miała nadzieję, że to nie to. Wielką nadzieję. Nie dlatego, że bała się czyichś wspomnień, czyjegoś umysłu. Nie. Bała się, że te wspomnienia należą do nich, do ludzi z jej grupy. Jeżeli te miejsca, te fragmenty zostały wyciągnięte z ich umysłów, znaczyło to, że mogli się natknąć również i na jej wspomnienia, a te… No cóż, powiedzmy że miała co nieco do ukrycia. Właściwie to rozsądniej byłoby powiedzieć, że trzyma parę trupów w szafie. Całą rodzinę trupów. Swoją rodzinę. Naprawdę wolałaby, żeby nikt o tym nie wiedział. Reszta nie zrozumiałaby tego. Nikt nie zrozumiałby.

Dziecięcy pokój był ostatnim „wspomnieniem” normalnego świata na jaki się natknęli. Dalej brnęli przez koszmarny labirynt spokojnie, bez żadnych przeszkód. Budziło to w niej coraz większy niepokój. W innych zresztą też. Nie potrafiła się oprzeć wrażeniu, że to wszystko to jedna wielka pułapka. Mimo to szła dalej, na przód, bo wiedziała, że nie może zawrócić.

Z każdym krokiem taneczna muzyka stawała się coraz głośniejsza, a korytarz, którym szli, coraz węższy. Nagle skończył się, ustępując miejsca wielkiej, kamiennej sali. W przeciwległej ścianie rozwarte na oścież czarne wrota, przez które dobiegały dźwięki gramofonowych rytmów. Za nimi dało się dostrzec światła płonących kolumn i niewyraźny cień pomiędzy nimi. Czymkolwiek ów cień nie był, to on stanowił ich cel.

Wickerbottom zrobiła niepewny krok naprzód, potem następny. Dopiero wtedy reszta ruszyła za nią. Zastanawiała się czy to dlatego, że tak bardzo jej ufają czy może ślą ją na pierwszy ogień,  bo „stara i tak nie ma wiele życia przed sobą”. Zresztą czy to ważne? Nie, szczególnie, że możliwości wzajemnie się nie wykluczały.

Kiedy była już niemal w połowie Sali usłyszała to. Coś w rodzaju poruszającej się ciszy, a po chwili syk. Odwróciła się powoli i zamarła w wyrazie grozy.

Korytarz za nimi wypełniały cieniste istoty. Zmiennokształtne, żywe koszmary zlewały się ze sobą i dzieliły przybierając coraz to upiorniejesz formy. Nim zdążyła krzyknąć, wlały się do sali jak rzeka i otoczyły ich odcinając drogę do wrót. Dalej wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Stwory rzuciły się na nich, dobyli broni, zaczęła się walka. Cięli, kłuli, uderzali z zaciętością większą niż kiedykolwiek. Już po kilku chwilach brodzili po kostki w koszmarnym paliwie, jednak nowi przeciwnicy zastępowali poległych. Zewsząd napływały nowe koszmary, atakując na ślepo, bez strachu, ginąc bez skargi. Zadawały ból i głębokie rany, a co gorsza opary ich obrzydliwej, oleistej posoki oddziaływały na umysł.

Bibliotekarka zdawała sobie sprawę, że od samego początku, od momentu, kiedy weszli do labiryntu, jej umysł znajdował się na skraju przepaści. Teraz z owej przepaści wychynęły macki i próbowały ją w nią ściągnąć. Z innymi było podobnie. Wiedziała, że jeżeli nie nastąpi jakiś cud, to wszyscy stoczą się w odmęty szaleństwa. Wiedziała, że jeżeli nie nastąpi cud, to prędzej czy później wszyscy zginą.

Nie wierzyła w cuda.

Dlatego właśnie posunęła się do ostateczności. Kiedyś przyrzekła sobie, że już nigdy, przenigdy tego nie zrobi, ale tak to jest z życiem i obietnicami: często prędzej czy później pojawia się moment, kiedy słowo trzeba złamać. To była właśnie ta chwila, sytuacja, w której nie miała absolutnie nic do stracenia. Najgorsze i tak nastąpiłoby, a zły obrót spraw mógł je co najwyżej nieco przyspieszyć.

Wyjęła z torby jedną ze swych „książek” i zaczęła czytać na głos, a świat słuchał. Słuchał się i zmieniał, tak aby nabrać kształtów opowieści.

***

Powiedzenie,  że Wilson nie do końca pojmował, co się dzieje, byłoby kłamstwem. On w ogóle nie wiedział, co się dzieje. Jeszcze przed chwilą walczył z rojami koszmarów, gotując się na śmierć, a teraz… No tego… Przede wszystkim jeszcze nie umarł, aczkolwiek przypuszczał, że to krótkotrwały stan przejściowy. Cała reszta znów była jednym, wielkim chaosem. Z posadzki zaczęły wyrastać wściekle wijące się macki, a ze sklepienia strzelać gromy. Do tego deszcz płonących kamieni i rój wściekłych szerszeni. Nie miał pojęcia, skąd wzięło się to wszystko, ale miało dziwny związek z otoczoną dziwną aurą bibliotekarką, która popadła w swego rodzaju czytelniczy amok.

W każdym razie, nieoczekiwane kataklizmy zwiększyły ich szanse na przeżycie z zerowych do bliskich zeru. Uderzały we wszystko, również w nich, ale, że zagęszczenie koszmarów na metr kwadratowy dwudziestokrotnie przekraczało zagęszczenie ludzi, to te padały jeden po drugim. No i cieniste stwory nie robiły uników, zupełnie jakby nie zależało im na życiu.

Niestety z korytarza napływała nieprzerwana ich rzeka. Nie miał pojęcia, w jaki sposób Wickerbottom sprowadziła tę pszczołami i mackami furię żywiołów doprawioną, ale stanowiła tylko tymczasowe rozwiązanie. W końcu…

Nagły rozbłysk ognia przerwał jego rozmyślania. To Willow straciła panowanie nad sobą i obecnie tańczyła w wielkiej flarze zadając ciosy na oślep, równie niebezpieczna dla przeciwników jak i dla sojuszników. Wyglądała niesamowicie z szałem w oczach, rozwianymi włosami i ogniem tańczącym wokół niej, jak anioł zemsty lub demon z siódmego kręgu piekieł, jednak nie miał czasu na podziwianie. Przeciwnicy, chociaż tymczasowo  cierpieli na nadmiar  zajęć, nie próżnowali. Co rusz musiał unikać szponów, pełnych ostrych zębów pysków, macek i rzeczy, których nawet nie potrafił nazwać.  Kątem oka dostrzegał Wolfganga, stawiającego bardziej na atak niż na obronę . Jego pasiastą koszulę pokrywały liczne plamy krwi, a na szyi widniało głębokie rozcięcie zaledwie centymetr od tętnicy. Gdzieś nieopodal była Wendy, widział jej jasne włosy. Stała, więc musiała żyć. Woodie i Lucy też, słyszał donośne przekleństwa i groźby siekiery, które przebijały się nawet przez echa gromów. W obecnej chwili bardziej martwił się o siebie niż o innych, ale…

- BIEGNIJ!

Mechaniczny głos Wandxa wytrącił go z równowagi, przez co  stwor o ptasim dziobie co o mało by nie amputował mu twarz. Szczęśliwie w ostatniej chwili zamachnął się siekierą i odrąbał paskudztwu głowę.

Skołowany spojrzał na robota.

- WROTA! JESTEŚ NAJBLIŻEJ!

Myśli błyskawicznie wskoczyły na swoje  miejsce. Jeżeli cokolwiek może powstrzymać cienie, ocalić jego i jego towarzyszy, znajduje się za ostatnimi wrotami. Tylko on mógł to zrobić, reszta była albo zbyt zajęta monstrami, albo zbyt daleko, żeby ich dosięgnąć. Musiał spróbować, musiał biec, póki pozostali – głównie rozszalałe Wickerbottom i Willow – odciągali bestie od niego.

Dlaczego sam na to nie wpadł?

Natychmiast ruszył z miejsca. Biegł przed siebie ślizgając się na posoce cienistych stworów, szaleńczo  wywijając siekierą. Tyle starczyło, aby odepchnąć stwory z drogi, ale nie uchroniło go to przed obrażeniami. Czuł jak szpony rozdzierają ubrania na jego grzbiecie tną skórę, wbijają się w ramiona. Krzyczał z bólu i przerażenia, ale nie zwalniał, chwytając się ostatniej nadziei na ocalenie: tego czegoś, za wrotami.  Nie miał pojęcia, co to, ale błagał, aby pomogło mu to uratować siebie i resztę.

O tym, że przekroczył je poinformował go donośny trzask. Skrzydła wrót zamknęły się, a hałasy za nimi gwałtownie ucichły. Przerażony wyprostował się jak struna i spojrzał przed siebie, wprost w oczy swojej nemezis – Maxwella.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.