FANDOM


No to wracamy po długaśniej przewie za którą bardzo przepraszam ;)

 Don't Starve: Dążąc do końca... Jakiegokolwiek. XVIII Drugie rozdanie – nowy świat.(cz2)

Maxwell nie miewał się dobrze, ale przynajmniej żył. Na razie. To ci zrobiła Wren, cokolwiek to nie było, ocaliło mu skórę. Przenosząc go, a prawdopodobnie i całą resztę do nowego świata Oni wyzerowali rozgrywkę. Odświeżyli ich ubrania, zaleczyli rany, zregenerowali siły witalne. Gdyby pozostał na tamtej wyspie, w tamtej norze… No cóż, nie byłoby dla niego przyszłości. Albo zabiłaby go Charlie, albo na dniach zmarłby z głodu i wycieńczenia.

Niestety nie zmieniało to faktu, że był okropny w przetrwaniu. Między innymi dlatego właśnie wylądował na Koszmarnym Tronie. Bo był zbyt słaby, żeby ochronić Charlie, a nawet samego siebie. Bo był zbyt dumny, samolubny i tchórzliwy, żeby odpuścić, żeby pozwolić jej umrzeć i pójść w jej ślady. Nie raz zastanawiał się czy gdyby wtedy wiedział to, co wie teraz, postąpiłby inaczej? Naprawdę chciałby wierzyć, że nie…

Nowy świat oferował więcej od małych wysepek które znał. Więcej pożywienia, żyźniejsze tereny, ale też więcej zagrożeń i niezwykle kapryśną pogodę. Głód już mu nie groził, nie aż tak bardzo jak przedtem, ale w ciągu kilku ostatnich dni parokrotnie przemókł  przegrzał się. Jego organizm nie zniósł tego najlepiej. No i psy… Tutaj były składnikiem normalnej fauny. Żyły w pobliżu niewielkich pustyń, stadnie w podziemnych, otoczonych fragmentami kości jamach. Dowiedział się o tym wpadając na kilka z nich, co przypłacił mocno pogryzioną nogą, która nieustannie dawała mu się we znaki. Wiedział, że poszarpana łydka prędzej czy później zagoi się nie pozostawiając nawet śladu, jak wszystkie rany, które nie są zabójcze, ale wątpił czy tego doczeka. Ból był okropny, ledwie chodził, a o ewentualnej ucieczce przed groźnym czymś w ogóle nie było mowy. W dodatku  nie mógł przezeń.

Brak snu, stres temperaturowy i nieustanny lęk sprawiały, że balansował na skraju wyczerpania. Jedyne, co go ratowało, to pełny żołądek… No i oczywiście Codex Umbra. Gdyby nie cieniste marionetki, psy rozszarpałyby go i dołączyłby do rozrzuconych wokół ich legowisk kości.

Gruba warstwa liści trzeszczała pod jego już-nie-tak-eleganckimi butami. Lakierki to fatalny wybór na długie, piesze wycieczki, lecz w tedy, lata temu, nie spodziewał się, że tu trafi, prawda? To miał być tylko kolejny występ, kolejne przedstawienie, szansa aby zadziwić i przerazić… A na występ trzeba się odpowiednio ubrać. Z klasą. Nie mógł przewidzieć, że wszystko potoczy się tak, a nie inaczej.

Potrząsnął głową, a rzadkie, tłuste włosy wpadły mu do oczy. Okłamywał samego siebie. Oczywiście, że mógł! Cienie stawały się coraz bardziej bezczelne, rytuały nigdy nie szły jak powinny! Przecież próbowały pochwycić Charlie! Ale nie… Duma go zaślepiała, uważał, że wszystko ujdzie mu na sucho. Przecież był wielkim, zadziwiającym Maxwellem! Jak coś mogło pójść nie tak?

- Maxwell…  Byłeś, jesteś i zawsze będziesz jedynie niedojdowatym Williamem. Przez to wszystko zyskałeś jedynie to, że masz teraz krew na rękach.

Wzdychając osunął się na ziemię pod wielkim… No właściwie nie miał pojęcia jak nazwać to drzewo. Nie było czymś co znałby z ziemi, ani czymś, co stworzył. On popełnił tylko wyspy – płaskie, dziwaczne i niebezpieczne. Kontynent wyszedł spod Ich ręki, a może istniał tu od zawsze… Nie potrafił powiedzieć.

- Masz gładki, niemal biały pień z czarnymi pręgami i drobne, sercowate liście – mruknął. – Prawie jak brzoza. Brzoza z orzechami. Od dziś jesteś brzozą orzechową.

Nic się nie zmieniło, drzewo nie zareagowało, znikąd nie dobiegły oklaski. W sumie właśnie tego się spodziewał – niczego.

Wsunął szczupłe dłonie w zalegającą wokół gruba warstwę złocisto-brązowych liści, Po chwili wyciągnął spomiędzy nich par sporych, przypominających mniejszą wersję owoców kasztanowca orzechów. Kolczasta łupinka była dość łatwa do zerwania dla kogoś posiadającego przeciwstawne kciuki, a nagrodę za wysiłek stanowiło pożywne, biało-brązowe wnętrze. Całkiem smaczne, chociaż nieco cierpkie. Lepsze było po upieczeniu. Traciło wtedy całą goryczkę i przypominało pieczone kasztany. Na razie jednak nie miał głowy do rozpalania ogniska – w końcu ledwie co minęło południe. To po prostu miał być jeden z dziesiątek jego przystanków w drodze do… Właściwie nie wiedział. Po prostu szukał miejsca na obóz, aczkolwiek nie miał dokładnej idei jakby miało ono wyglądać. Przypuszczał, że jak zobaczy odpowiednią miejscówkę to zorientuje się, że to właśnie ona.

Póki co orientował się, że jest jesień. Mniej-więcej połowa jesieni.  Za parę tygodni, miesiąc, góra dwa – pory roku w tym świecie bywały dość długie – nadejdzie zima, a wtedy, jeżeli nie będzie miał schronienia… No cóż Nie pożyje za długo.

Skrzywił się. Ból nogi był okropny. Dbał jak umiał o to, żeby nie zanieczyścić rany i  w miarę dobrze ją opatrzyć, ale nie miał ani pajęczej sieci, ani miodu, ani pajęczego gruczołu. Ba, nawet odpowiednich ziół nie znalazł, a opatrunek z plecionej trawy i liści niezbyt dobrze się sprawdzał. Przez jakiś czas rozmyślał nad zrobieniem bandażu z koszuli, ale wątpił, żeby to zrobiło dużą różnicę. Poza tym potrzebował koszuli. Potrzebował każdego dostępnego odzienia. Tu nie było sklepu, żeby mógł sobie kupić gruby, zimowy płaszcz , zapasową bielizną i tak dalej.

Westchnął.  Dość ciepła, chociaż kapryśna jesień, w bród jedzenia, a on i tak ledwo dawał sobie radę. Nie rokowało to dobrze.

Może jednak powinien zaatakować tamto gniazdo pająków? Może zdobyłby trochę pajęczej mazi i nici, dzięki którym doprowadziłby nogę do jako-takiego porządku?

Może. Rzecz w tym, że aby to zrobić musiałby użyć Kodeksu Umbra i przywołać swe cieniste duplikaty, a to znów potwornie obciążało psychikę. Psychikę i tak wycieńczoną przez lęk, ból i brak su. Gdyby przywołał cienistych pomocników, jego poczytalność szlak by trafił. Gdyby spróbował zaatakować pająki sam, prawdopodobnie skończyłby jako ich obiad.

- Czy ma to jakiś sens? – zapytał się pod nosem. – Te ból, ten strach, to ciągłe zmęczenie? Może lepiej byłoby znaleźć jakąś skarpę i skoczyć z niej? Zakończyć to wszystko?

Wzdrygnął się. Może i byłoby dla normalnego człowieka, ale niekoniecznie dla niego. Bał się, że śmierć tutaj, w tym szalonym, okrutnym miejscu nie okaże się dla niego wcale końcem, a jedynie początkiem prawdziwej katorgi.

Korony drzew zaszumiały, a z góry posypały się złoto-brązowe liście. Chociaż dzień był ciepły, to zarazem bardzo wietrzny, ale tutaj, w tym wielkim, liściastym lesie grube pnie chroniły go przed chłodnym wichrem.  Rosło tu sporo krzewów jagodowych, grzybów, o orzechach brzozowych i drobnych korzonkach nie wspominając. No i łatwiej poruszało się tu niż w borze. Wejście pomiędzy strzeliste brzozy orzechowe okazało się całkiem dobrym pomysłem. Las sięgał aż gór i Maxwell miał nadzieję, że na podgórzu znajdzie jaką jaskinię, jamę, cokolwiek, co mogłoby mu dać dach nad głową. Nie zaszkodziłby też pełne świeżej wody i ryb strumień, ale wiedział, że nie może mieć aż takich wymagań.

Po dwudziestu minutach, ciężko wzdychając wstał. Odpoczął na tyle, żeby moc dalej iść, chociaż ból nogi sprawiał, że jedyne na co miał ochotę to skulić się w kłębek i płakać. Od dawna nie doświadczał prawdziwego cierpienia fizycznego. Oni serwowali mu ból w ogromnych ilościach, ale ten zawsze pochodził o mniej-więcej z jego wnętrza. Najgłębsze lęki, fobie, nienawiść przekute w płynący po nerwach ogień. Znał go i jego wszystkie zagrania. Wszystkie jego smaki i odcienie. Jednak to… To po tylu latach uwięzienia ból z zewnątrz był czymś nowym i szokującym.  Nie potrafił sobie z nim radzić. Odzwyczaił sie od fizycznego świata.

Miarowo dysząc kuśtykał przed siebie. Ciężki niezgrabny krok sprawiał, że ściółka pod nim chrzęściła, a gałązki trzaskały. Jeżeli w pobliżu znajdowało się coś groźnego, to już od dawna wiedziało o jego obecności. Szczęśliwie póki co towarzyszyły mu jedyni podobne do szopów, szare stworzenia. Nieduże spoglądały na niego ciekawie i wydawały się podekscytowane dobiegającym z rany zapachem krwi, jednak nie atakowały. Przynajmniej nie jego. Na wszystko inne, szczególnie stworzenia mniejsze od siebie, polowały nieustannie. Najbardziej aktywne pod tym względem były młode osobniki, które dzięki szaleńczej agresji wobec wszystkiego co żywe uczyły się sztuki łowów. Czasami nawet nie pożerały tego, co zabiły na czum korzystał. Wielki, ubity przez jednego ze „szopów” kret o gwiaździstym nosie wylądował w topornie splecionym plecaku Maxwella. Było tam sporo miejsca. Orzechy, przemienny nóż i tykwowy bukłak nie zajmowały wiele przestrzeni.

Nie mam żadnego koca ani okrycia. Powinienem, jak tylko znajdę miejsce na obóz, poszukać bizonów lub innych tworzeń mogących dać mi wełną. No i upolować parę pająków dla jedwabiu. Muszę zacząć czym prędzej zacząć prząść i dziergać… Ciekawe czy jeszcze pamiętam jak robić na drutach? Charlie mnie uczyła, ale to było tak dawno… No cóż, mam nadzieję, że coś zapamiętałem, w przeciwnym razie skończę jako kawał mrożonego mięsa.”

Podobnych problemów wisiał nad nim cały ogrom. Potrzebował dobrej, kamiennej siekiery, naczyń, środków opatrunkowych, miejsca na zapasy. Naprawdę nie rozumiał jak marionetki radziły sobie z tym wszystkim.

Pogrążony w niewesołych rozmyślaniach, starając się ignorować rwący ból, powoli brnął przed siebie. W końcu słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, co było jasnym znakiem, ze najwyższy czas nazbierać chrustu i rozpalić ogień. Charlie nie okazywała litości tym, którzy pozostawali nazbyt długo w ciemności.

Właśnie wtedy kluczący pomiędzy drzewami wiat przyniósł zapach  dymu i pieczonego mięsa. Czyżby świnie? Nie, świnioludzie nie piekli mięsa. Prawie w ogóle nie używali ognia. Owszem, fascynował ich, wokół wioski zawsze rozpalali wysokie pochodnie, czasem ogniska, ale jedzenie zawsze spożywali na surowo.

Ognisko i pieczone mięso mogły oznaczać ludzi. Jego niegdysiejsze marionetki. Wątpił, aby którakolwiek z nich była zachwycona jego widokiem, ale z drugiej strony…

… Z drugiej strony wiedział, że sam raczej sobie nie poradzi. Że potrzebuje towarzysza.

…Z drugiej strony ten ktoś mógł mieć środki opatrunkowe i użyczyć mu ich trochę. Wyleczenie nogi było dla niego priorytetem. Z poszarpaną kończyną nie mógł polować, bronić się, ani uciekać.

… Z drugiej strony miał dość samotności. Przeżył setki lat przykuty do Koszmarnego Tronu, zdany jedynie na swoje własne towarzystwo i Ich szepty zgłębi swego umysłu. Niczego tak nie pragnął jak dźwięku ludzkiego głosu, jak ludzkiego dotyku.

Zalękniony, a zarazem pełen nadziei ruszył w stronę, z której dobiegł go smakowity zapach, uważnie nasłuchując wszelkich odgłosów. W końcu dotarł do niewielkiej, otoczonej krzewami polany, gdzie przy ognisku na którym piekło się duże, bliżej niezidentyfikowane zwierzę, kuliła się dobrze mu znana, niewysoka postać. Postać, która z miejsca wyczuła jego obecność i poderwała się na równe nogi ściskając kościaną włócznię. Nic dziwnego – okulały poruszał się z gracją słonia, potwornie hałasując.

Powoli, unikając  robienia  jakichkolwiek gwałtownych ruchów wyszedł spomiędzy krzewów.

Widząc go postać wyprostowała się jak struna, a jej szczupłą twarz wykrzywił wyraz gniewu.

- Maxwel… - warknęła.

Niegdysiejszy król uśmiechnął się krzywo i skinął głową.


- Wilson.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.