FANDOM


V Zęby potrzasku

Szur, szur, szur.

…wiele rzeczy uległo zapomnieniu. Nasze plemiona rozbito, podzielono, rozrzucono po setkach wysepek. Kataklizm pochłonął większość wiedzy, sporo musieliśmy porzucić. Pozostało tylko to, co najważniejsze. Wspomnienia przodków sprzed setek, a być może nawet tysięcy lat. Opowieść przekazywana z pokolenia na pokolenie. Otóż świat, który teraz przyszło ci oglądać, niegdyś miał całkiem inne oblicze. Był zrównoważony, pozbawiony zepsucia, spokojny. Żyły tu trzy rasy: podziemni, morioni i my, dago. Podziemni, wedle podań, to lud kamienia, doskonali skrybi, bibliotekarze i magowie. Morioni znów kochali po równi i magię, i naukę, a także posiadali wielkie ambicje. Szybko połączyli siły z podziemnymi tworząc zapierające dech metropolie pod powierzchnią i na niej. Dokonywali cudów, leczyli i niszczyli. My znów… No cóż, od zawsze żyliśmy nieco na uboczu i prościej niż pozostałe rasy. Ogranicza nas nieco biologia – nie potrafimy egzystować bez wilgoci. Nie na dłuższą metę. Dlatego zawsze zasiedlaliśmy bagna, wilgotne wyspy, rzadziej tropikalne puszcze. Większość z nas trzymała się z dala od metropolii pozostałych ras i na odwrót. Nie znaczy to, że byliśmy prymitywni. Mieliśmy swoje miasta, chociaż mniejsze, tworzyliśmy też niezwykłą muzykę, ceramikę i biżuterię. Zresztą życie nieco na uboczu okazało się błogosławieństwem…

Szur, szur, szur.

„…Kataklizm. Oni go sprowadzi. Nie, nie sprowadzili. To nie było nic z zewnątrz. Stworzyli go. Kataklizm i zepsucie. Koszmar. Nie wiemy jak, ale musi to mieć coś wspólnego z ich magami i kapłanami. Zostaliśmy rozbici, a podziemni i morioni… Większość z nich przepadła. Prawdopodobnie zginęli. To nie najgorszy los w porównaniu z tym, co spotkało resztę.  Ci, którzy pozostali, stali się cieniami. To krwiożercze, udręczone bestie przychodzące po tych, których umysły poddały się zepsuciu i szaleństwu, otwarły im bramy. Nieliczni stali się Nimi…

Szur, szur, szur.

„…ukrywamy się przed Zasiadającymi. Oni, ci którymi stali się podziemni i morioni, wiedzą, że przetrwaliśmy, ale nie dręczą nas, póki nie ingerujemy w to, co robią Marionetki… Znaczy osoby sprowadzone tutaj z zewnątrz. Oni nie. Ale Zasiadający… To inna historia. Każdy na tronie prędzej czy później łamie się, poddaje zepsuciu i wpada w obłęd. Można się spodziewać po nich dosłownie wszystkiego. Dlatego udajemy głupich i prymitywnych. Mniej inteligentnych nawet od stworzonych przez jednego z ostatnich Zasiadających świń”.

Szur, szur, szur.

Ten świat to pułapka. Pułapka na was. Toczy się tu gra, gdzie stawką jest życie Marionetek. Nie wiemy, po co ją stworzyli, ale znamy niektóre jej reguły. Nawet Oni się ich trzymają. Ani Oni, ani zasiadający nie mogą cię ot tak zabić. Musi zrobić to ten świat, jego przeciwności. Oczywiście każdy nowy Zasiadający zmienia nieco zarówno świat jak i reguły, ale ogólny obraz pozostaje taki sam.”

Szur, szur, szur.

Jak się stąd wydostać? Nie wiemy. Sami porzucilibyśmy ten świat, gdybyśmy mogli, chociaż to nasza ojczyzna. Sądzę jednak, że powinnaś szukać wskazówek w ruinach i na Kontynencie Półksiężyca. Większość ruin jest pod ziemią. Prowadzą do nich niektóre z jaskiń, sama musisz się przekonać, które dokładnie. My tam nie chodzimy. jest tam zbyt niebezpiecznie. Natomiast, co do kontynentu… Kontynent Półksiężyca niegdyś był największym z pośród pięciu wielkich lądów. Ciągnie się od jednego bieguna do drugiego, to właśnie tam zaczął się kataklizm, w jego południowej części, w strefie umiarkowanej. Miejsce to było kiedyś wielkim, pysznym miastem, pełnym świątyń i wiecznie płonących pochodni. Niestety nie wiemy jak się tam dostać, ale wiemy, że niektóre z Marionetek podróżowały między wyspami. Służą do tego specjalne portale, ich części są porozrzucane po całej wyspie. Jeżeli się na jakąś natkniesz, to ją poznasz.”

Szur, szur, szur.

Od blisko pół godziny ostrzę tę kość, skamieniałą ze starości łopatkę pechowego, małego bawoła. Chyba jest już dość ostra. Auć! Tak, jest. Wystarczy przejechać po krawędzi palcem, żeby się zaciąć. Jeszcze tylko zanurzymy to w esencji cienia i będę miała idealne ostrze na nową siekierę.

Ech, nadal nie potrafię wyrzucić słów szamanki z głowy, chociaż od naszej rozmowy upłynęły blisko cztery tygodnie. Za dużo rzeczy się nie zgadza. Oczywiście, tak jak powiedziała, wiele z ich wiedzy przepadło, wielu rzeczy od samego początku nie wiedzieli, jednak nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że wiele też przemilczała. Chociażby ta gra… Skoro poprzedni mieszkańcy tego świata sprowadzili nań kataklizm, który „rozbił lądy, pogrzebał miasta, zniszczył niemalże całe życie”, to skąd ta gra? Jest zbyt precyzyjna, aby była czymś, co Oni mogliby zrobić PO apokalipsie. Coś takiego nie mogło powstać z gruzów. Oczywiście, od kataklizmu mogły minąć całe milenia, więc mieli czas, żeby dopracować swoją grę, jednak nie wydaje mi się, żeby tak to wyglądało. Całkowite odcięcie tego świata od wszystkiego, co na zewnątrz, od pozostałych układów planetarnych, galaktyk, wymiarów… Nie, to wymagało zbyt wiele energii, zbyt wielu planów. Jednak alternatywa, co do postapokaliptycznego charakteru gry jest równie nieprawdopodobna. Oznacza bowiem, że wszystko z góry zaplanowano. Że Oni, kimkolwiek nie byli, zgładzili miliardy istnień, zniszczyli świat i wszystko, co ich cywilizacje budowały przez pokolenia, tylko po to, aby stworzyć tę grę. Przecież to czyste szaleństwo! Obłęd wielokrotnie większy od prowadzonej na Ziemi wojny, Hitlera i całej reszty.

Szamanka zdradziła mi wszystko, co wie o grze. Było tego wiele, a każdy z aspektów jest niepokojący. Po pierwsze i najważniejsze, Marionetki nie starzeją się. Nie potrafię stwierdzić tego z całą pewnością, ale prawdopodobnie, po porzuceniu przez Królową, sama stałam się jednym z pionków. Zatem mogę przeżyć tu nawet sto lat i nie postarzeć się przy tym nawet o jeden dzień. Oznacza to tyle, że czas tutaj nie działa tak, jak powinien. Bariera otaczająca ten świat odcięła go od nawet wspólnej dla wszystkich wymiarów i światów czasoprzestrzeni. To już nie jest nawet niesamowite. To PRZERAŻAJĄCE. To występek przeciw naturze rzeczy. To jakby ktoś wziął i napluł Bogu w oko. Niestety pozostałe kwestie poruszane przez szamankę również nie wyglądają zbyt optymistycznie. Chociażby tymczasowa nieśmiertelność Marionetek. Otóż z tego, co zrozumiałam, bardzo łatwo tutaj zginąć i wielu tu ginęło. Czasem po kilka razy. Potem, ni stąd ni z owąd, materializowali się w losowo wybranym miejscu, na losowej wyspie, z wyczyszczoną pamięcią krótkotrwałą. Teraz rozumiem skąd te groby z wielokrotnie powtarzającymi się nazwiskami. Nieszczęsny pan Higgsbury kilkukrotnie kończył swój żywot na tej wyspie i niewykluczone, że nadal gdzieś tam egzystuje, jeżeli nowa Zasiadająca, Królowa, nie zarządziła „wymiany inwentarzu”.

Tak, „wymiana inwentarzu”, bo zwykle nowy Zasiadający sprowadza swoje własne Marionetki, a dawne, porzucone powoli giną. Wedle słów szamanki, w całej tej grze chodzi głównie o cyrkulację Zasiadających, gdyż ci, jeżeli nie znajdują prędzej czy później zastępstwa, „przepadają”. W takiej sytuacji, na pustym tronie może zasiąść któraś z Marionetek. Niestety, po zniknięciu Zasiadającego, ci, których sprowadził, stają się w pełni śmiertelni. Nadal nie starzeją się, ale jeżeli zginą to już na zawsze. Wtedy nastaje pełne niepokoju bezkrólewie, w trakcie którego świat powoli słabnie i niszczeje. Oczywiście prędzej czy później Oni znajdują sobie nowego władcę, jednak na jakiej zasadzie – niewiadomo. W każdym razie, osoba spoczywająca na tronie włada światem w takim zakresie w jakim Oni jej pozwalają, projektuje nowe plansze do gry i sprowadza nowe pionki. Jeden z nich, jeżeli przekroczy Koszmarne Wrota i zdoła pokonać to, co za nimi czyha – przejście jest niedostępne dla mermów, więc szamanka nie mogła powiedzieć, co to takiego – zastępuje go. Dawny Zasiadający ponownie staje się pionkiem, a nowy… No cóż, przypuszczam, że Oni pierw „zmiękczają” go, aby był posłuszny Ich woli. Takie coś musi potrwać. W każdym razie, po nowej „elekcji” dawne Marionetki jeszcze przez jakiś czas cieszą swoją tymczasową nieśmiertelnością, po to, aby po całkowitym przejęciu władzy utracić ją, zginąć i zrobić miejsce nowym. W każdym razie tak było dotychczas.

Czarodzieje mermów nauczyli się wyczuwać zmiany władzy, dlatego szamanka mogła mi zdradzić, że na początku zeszłego roku, nastąpiły aż dwie „elekcje”, jedna za drugą. Wedle jej słów, wymiana Zasiadających dotychczas następowała bardzo rzadko, dlatego wydarzenia ostatniego zaniepokoiły mermy. Tym bardziej, że po drugiej „elekcji” Koszmarne Wrota zniknęły. Szamanka przyznawała, że zasiadający wielokrotnie zmieniali ich wygląd, ale zawsze gdzieś tam stały. Zawsze, nawet w okresach bezkrólewia. Ich brak wytrącił ryboludzi z równowagi.  Natomiast, gdy powiedziałam, że obecnie na tronie zasiada kobieta, która poniekąd jest bestią ciemności… Cóż, szamanka wyglądała na zszokowaną i przestraszoną. Nie zdradziła, mimo nalegań, dlaczego Królowa tak bardzo ją niepokoi, ale wygląda na to, że dla tego szalonego świata, a zatem i dla mnie, zbliżają się Ciekawe Czasy.

Istnieje takie chińskie przekleństwo „obyś żył w Ciekawych Czasach”.

Niestety nawet szamanka nie wiedziała, kim jest czy raczej była Christabella. O Skitsie też nie powiedziała za wiele, tylko tyle, czego sama się domyślałam – że prawdopodobnie jest jednym ze zmienionych w cienie pechowców, który, w przeciwieństwie do reszty, zdołał zachować zdrowe zmysły.

Zerkam na Skitsa, który przygląda mi się z umiarkowanym zainteresowaniem. Wątpię, żeby wytwarzanie prymitywnych narzędzi szczególnie go interesowało, chociaż, gdy zaczęłam ekstrahować esencję cienia z tutejszych roślin, wyglądał na poruszonego. Szczególnie zainteresował go proces oczyszczania. Nawet teraz krąży pomiędzy koszem kwiatów, uzyskaną z nich, oleistą substancją wyjściową i zlanym do złotej misy produktem końcowym. Zresztą nie dziwię mu się. Te kwiaty są naprawdę fascynujące. Rzadko zdarza się, aby pospolicie występujące rośliny zawierały substancję będącą nośnikiem tak wielkiej mocy.

Cieniste zioła. Zwróciłam na nie uwagę, jak tylko ujrzałam. Nieduże o wielkich, symetrycznych kwiatach w ponurych, jesiennych barwach. Czerń, brąz, brudny pomarańcz, czasem wyblakła czerwień. Zwykle rośliny inwestują w krzykliwe barwy, chcąc zwabić zapylaczy, ale nie te. Nie muszą, dzięki mocy płynącej w ich sokach i zapachowi, którym je obdarza. Ciężkiemu, intensywnemu aromatowi, zaprawionemu wyraźną nutą tutejszego koszmaru, przed którym szczęśliwie chroni mnie Ciemność – moja własna i tutejsza. Nie musiałam nawet wytężać wewnętrznego widzenia, aby zrozumieć czym są. Niestety nim zabrałam się za uzyskiwanie z nich esencji, musiałam zbudować obóz.

Mój obóz. Wygląda żałośnie, ale jestem z niego dumna. Nigdy wcześniej niczego nie budowałam, a tu proszę: postawiłam solidny szałas. Grube ściany ze słomy, gliny oraz bawolego nawozu, oparte na mocnym szkielecie i okryte wodoszczelną płachtą z pajęczego jedwabiu. W prawdzie zbudowanie go zajęło mi aż trzy dni, podczas gdy większość osób uwinęłaby się w jeden, no i muszę przed zimą rozwiązać problem ulokowania wewnątrz paleniska, ale i tak jestem dumna. Oczywiście obóz to nie tylko szałas. Zbudowałam także wiatę na chrust, palenisko, uplotłam parę koszy, wytworzyłam narzędzia – głównie kościane i krzemienne noże. Wokół wala się też sporo naczyń, przeważnie butelek i mis z podobnego do tykwy owocu oraz mis z czaszek zarówno zwierząt jak i poprzednich mieszkańców wyspy. Niestety nadal mam problemy z wypalaniem gliny. Nie potrafię uzyskać odpowiedniej temperatury i – póki co – wszystkie naczynia pękają. Jednak, dzięki siekierze pana Higgsbury’ego udało mi się zrobić dwa złote. Sfrustrowana niepowodzeniami na polu garncarstwa w okolicznych górach nazbierałam sporo samorodków i tłukłam je ze wszystkich sił. Wiedziałam, że złoto jest miękkie i ciągliwe, miałam więc nadzieję, że sklepię je w coś na wzór metalowych płyt. I sklepałam, chociaż namęczyłam się przy tym co nie miara. Pierw na płasko, a potem, przy pomocy dużego, krągłego kamienia nadałam im formę mis. Może i nie jest to skomplikowany proces produkcyjny, ale skuteczny. W każdym razie, mam teraz garnko-patelnię do gotowania i naczynie do wytwarzania esencji cienia. Niestety prędzej czy później będę musiała nauczyć się podstaw garncarstwa, a coś mi mówi, że będzie to długa, pełna poparzeń droga. Ale na razie to nie mój główny problem.

Moim głównym problemem jest to, że ten świat to piekielna pułapka, w której toczy się diabelska gra. Szamanka i Higgsbury poprzez swój dziennik ostrzegli, co może nastąpić w najbliższych dniach.

Co pięć do ośmiu tygodni nadchodzą „piekielne psy”, których zadaniem jest rozedrzeć mnie na strzępy. Powinny zaatakować lada dzień, zatem muszę przygotować się na ich przybycie. Nasączyłam swoje buty, suknię i pończochy cienistą substancją, dzięki czemu stały się mocne niczym kolczuga. Rzecz jasna nie wiele to pomoże na miażdżący uścisk ich szczęk, który – według notatek Wilsona – mógł przełamać w pół nawet niewielkie drzewo, ale uchroni przed drobniejszymi obrażeniami. Przygotowałam też wzmacnianą esencją, kościaną włócznię. Nie jest zbyt dobrze wyważona, ale grot ma długi i ostry jak brzytwa. Niestety samą włócznią mogę się nie obronić. Włócznia jest dobra na dłuższy dystans, ale gdy przeciwnik podbiegnie zbyt blisko nie przydaje się na wiele. Dlatego muszę mieć też siekierę. No, nie tylko dlatego. Prędzej czy później czeka mnie ścinanie i rąbanie drewna, a siekierę Wilsona zniszczyłam wyklepując misy.

Oczywiście zbroję się tylko tak na wszelki wypadek.  Nie zamierzam w ogóle walczyć z psami – planuję uciec na drzewo i poczekać, aż zajmą się ściganiem czegoś innego niż mnie. Najlepiej czegoś większego i silniejszego, co wdepcze je w ziemię.  Jednak, w razie gdyby sprawy nie poszły tak jak zaplanowałam, wolę mieć plan B.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.