FANDOM


Rzucam się na ziemię i przetaczam parę metrów, a ptaszysko – czy co to właściwie jest – przelatuje tuż nade mną, po to, aby ciężko wylądować na kamienistej powierzchni. Nie zwraca uwagi na sterczące zewsząd skały, uderza w nie całym ciężarem, upadając i obijając się. W końcu jednak wstaje i spogląda na mnie gniewnie.

Kolejne sztuczne stworzenie, zmienione tak jak  świnie. Patrząc na nie od razu rozumie się, co miał namyśli twórca. Wielka gęś, taka na której możnaby latać, taka jak ta widniejąca na okładkach „Bajek Mamy Gąski”. Mogę się założyć, że obrazek z okładki był inspiracją. Gęś znów to stworzenie wędrowne, żyjące na bagnach północy, a północne mokradła to łosie. Czemu więc nie połączyć obu zwierząt  w jedno? Tak, mogę się założyć, że tak to wyglądało. Domyślam się też, po co to paskudne „ptaszysko” tu przyleciało. W końcu to przerobiona „Mama Gąska” i jak każda mama musi mieć dzieci, a w tym celu musi znieść jaja. Pozostaje mi mieć nadzieję, że instynkt rozrodczy tego… Instynkt tego gęsiołosia będzie silniejszy od wmontowanej w niego agresji i nie zaatakuje. Poza tym teren jest trudny, szczególnie dla czegoś tak dużego, wszędzie utrudniające ruch głazy i skały, no i nie łatwo biegać mając błony pławne.

 Ostrożnie, unikając gwałtownych ruchów,  podnoszę się. Nie chcę prowokować bestii. Powoli się wycofam, a wtedy ptaszysko powinno zająć się szukaniem…

Gęsiołoś wydaje z siebie wściekły ryk i rusza na mnie. Ruszam pędem przed siebie.

Staram się mniej-więcej trzymać wcześniej wyznaczonej trasy, jednak nie jest to łatwe mając za sobą pościg, szczególnie w tym terenie. Potworne ptaszysko zagania mnie między skały, a z każdym krokiem czuję, że zbliżam się do stada jakichś stworzeń. Magicznych kreatur, takich jak ono – nienaturalnych, emanujących skażoną Ciemnością.

Nie wygląda to dobrze, oj nie. Powinnam umknąć w bok, spróbować ominąć te stworzenia, ale wtedy gęsiołoś mógłby mnie dopaść. Poza tym nie mam jak, przeklęte kamienie wyrastają teraz ze skały tak gęsto, że przeciśnięcie się między nimi jest niemalże niemożliwe. Cholera! To przerośnięte niewiadomo-co  zapędza mnie wprost do nich.

Wypadam spomiędzy skał wprost na te czarne… Ptaki? Wysokie ptaki, stworzenia o których wspominał Higgsbury. Boże, widziałam niezdarną rycinę, ale brałam ją za BARDZO uogólniony szkic, nie spodziewałam się, że  naprawdę TAK wyglądają. Śmiesznie małe, wręcz maciupkie skrzydełka, wielki haczykowaty dziób, duży, osadzony na niezwykle długich, tyczkowatych nogach głowotułów – tak głowotułów, te ptaszyska nie mają wyodrębnionej głowy – którego środek zajmuje ogromne oko. Karykaturalne bestie, które nie powinny mieć prawa bytu.  Całe ich mrowie strzeże dziesiątek, wypełnionych nakrapianymi jajami gniazd i pisklaków będących ich niemal perfekcyjnymi miniaturami z jednym wyjątkiem – młode posiadają znacznie krótsze nogi.

Biegnę jak tylko potrafię najszybciej, nie dając ptaszyskom czasu na rozeznanie się w sytuacji. Mimo tego wokół mnie rozbrzmiewają donośnie piania, a niektóre z maszkar wyraźnie gotują się do ataku, wściekle grzebiąc w ziemi i pochylając na patykowatych nogach kuliste ciała. Szczęśliwie ich uwagę odwraca pędzący za mną gęsiołoś. Depcząc ich cenne młode i tratując jaja, sprowadzając na siebie gniew pierzastych rodziców.

Bak mi tchu, mięśnie straszliwie bolą, ale nie zwalniam. Z tyłu dobiegają wściekłe piania wysokich ptaków i ryki gęsiołosia, jednak ignoruję je, nie tracąc nawet chwili, żeby obejrzeć się za siebie. Wpadam na położone nieco dalej gniazda, których troskliwi opiekunowie natychmiast atakują intruza. Dziobią czy raczej próbują mnie dziobnąć, biorąc zamach swymi kulistymi ciałami i z całej siły uderzając, jednak nie tak łatwo trafić ruchomy cel. Wymijam je z trudem, mając nadzieję, że będą bardziej zainteresowane  wrzawą z tyłu niż przerażoną, pędzącą co sił kobietą. W końcu…

Ach…! Szlag! Szlag! Ała!

Cholera! Zbyt się skupiłam na wrogach, za mało na otoczeniu! Nie zauważyłam skarpy!

Spadam wprost na strome, trawiaste zbocze i staczam się, obijając sobie wszystkie możliwe części ciała. Na sam koniec ląduje w błocku. Twarzą w dół. W ohydnym, zmieszanym z torfem, mchami i gnijącymi częściami roślin błocku.

No cóż. Przynajmniej żyję i chyba nie zrobiłam sobie większej krzywdy, chociaż czuję się jak jeden wielki siniak na nogach. Boże, wszystko mnie boli, naprawdę wszystko. Aż człowiek  ma ochotę krzyknąć „co jeszcze?!”, ale boi się, że los wyciągnie jakiegoś asa z rękawa i go wdepcze w ziemię.

Z trudem łapię oddech i powoli wstaję. Ała… Moje biedne wszystko.

 No cóż, nie da się ukryć, że jestem na bagnach.  Wszędzie wokół  bulgoczące błocko i wystające z niego różnorakie trzciny, kolczaste krzewy oraz rzadkie, cierniste drzewa, a to wszystko okraszone pokrzykiwaniami bagiennych ptaków zmieszanymi z brzęczeniem setek owadów.

Dobiegający z tyłu hałas informuje mnie, że Christabella stacza się po zboczu w ślad za mną. Kończy swoją podróż tak jak ja – wpadając w błoto, jednak w przeciwieństwie do mnie, nie sprawia wrażenia specjalnie poobijanej. Natychmiast wstaje i wywala różowy jęzor, posapując ciężko.

- Chyba nie zrobiło to na tobie dużego wrażenia, co – pytam kościanego berła, a to spogląda na mnie zagadkowo.

Ech… Jestem kompletnie wykończona po szaleńczym biegu, jednak nie mogę odpocząć. Właściwie to nawet nie mam, gdzie odpocząć, chyba, że usiadłabym w tym bąblującym błocku… Ewentualnie na Christabelli. Właśnie, może by tak… Nie, to byłoby chamskie zagranie. Christabella jest osobą. Kudłatą, przypominającą chodzącą pufę, ale jednak osobą i należy jej się szacunek.

Hm, przez bagno powinna prowadzić ścieżka.  Zaraz, zerknę tylko na mapę… ACH! Brudne, mokre ręce! Całą ją pobrudzę i zamażę. Zaraz, przecież nie potrzebuję mapy.

Skupiam wewnętrzne spojrzenie i ponownie w zasięgu mojego wzroku pojawia się pan Skits. Przygląda mi się uważnie, jakby z niepokojem.

- Zaprowadzisz mnie do ścieżki? – pytam, na co cień potakuje i rusza do przodu.

Wlekę się za nim. Ledwo powłóczę nogami, jestem mokra, brudna i obolała, a jedyne co dziś zjadłam to kawałek surowego węża. Fatalny dzień, naprawdę fatalny. Oczywiście mogło być dużo gorzej, mogłam zostać zadziobana przez tamte ptaszyska albo wdeptana w ziemię przez gęsiołosia, ale jakoś mnie to nie pociesza. Co za parszywy los…

Właśnie, wysokie ptaki i gęsiołoś… Ten świat jest naprawdę szalony, a one to najlepszy dowód. Stwory, które nie powinny istnieć, których egzystencja jest możliwa wyłącznie dzięki magii. Gęsiołoś, przecież coś tak wielkiego nie powinno potrafić latać. Nawet szkielety prehistorycznych, latających gadów są prawie połowę mniejsze. Oczywiście smoki, chociaż posiadają podobne rozmiary, potrafią latać, ale są istotami inteligentnymi, noszącymi w sobie moc Żywiołów i Stworzenia, a to… To tylko jakiś wybryk natury, magii i chorej wyobraźni Królowej. Jednak jego jeszcze potrafię zrozumieć – przypuszczalnie wielu magów tworzyło sobie wielkie, latające bestie, w końcu mitologia jest ich pełna – ale wysokie ptaki?! Jakim cudem one w ogóle potrafią się schylać i w taki sposób wyrzucać ciała, aby coś dziobnąć? Ich stawy biodrowe muszą przypominać niezwykłe, futurystyczne mechanizmy,  a podeszwy mieć coś w rodzaju zaczepów. Poza tym  w ogóle nie powinny być w stanie unieść z ziemi swych wielkich cielsk na tych cienkich, patykowatych nogach. Musi je wspomagać magia. Jeszcze jakby było ich tylko parę, a nie całe stado… Z pisklętami i jajami, które zapewne też będą miały jaja i pisklęta. Potworny wydatek mocy. Kimkolwiek Oni nie są, szastają magią na lewo i prawo, jakby używanie jej nie niosło ze sobą żadnej ceny. Jednak najbardziej zastanawia mnie, w jaki sposób kontrolują tak wielki bezmiar żyjącej, nieustannie zmieniającej się mocy?

Nie, nie myśl teraz o tym, skup się na priorytetach. Jedzenie, spanie i woda… Oraz – na miarę możliwości – kąpiel. Boże, jak ja chciałabym się wreszcie do porządku wyszorować, a nie tylko ochlapać w stawie. Ciepła woda, mydło, jakaś porządna gąbka i czyste ubrania do włożenia… Ech, marzenia. Przecież od ponad tygodnia nie zmieniałam bielizny, bo nie mam na co. Ohyda. Jeszcze trochę a zaśmierdnę i obrosnę mchem.

Skits dość szybko wprowadza mnie na ścieżkę, czyli na pasmo względnie twardego gruntu, po którym można stąpać bez obawy, że się zapadnie w nim po kostki. Utytłana i wymęczona prę naprzód poprzez chmary nieznośnych owadów.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.