FANDOM


Tej nocy nie spałam wiele. Wydobycie sensownych informacji z potrafiącej tylko mrugać Christabelli to czasochłonne zajęcie. Inna rzecz, że warunki nie były sprzyjające do snu. Wilgoć, ziąb, twarda ziemia. Naprawdę o niczym tak nie marzę jak o ciepłym łóżku i czystej, wykrochmalonej pościeli. Gdybym nie była taką idiotką i zawczasu sprawdziła te przeklęte muszle, pewnie teraz spokojnie spałabym w nim, mając za jedyne zmartwienie swoją familię. Ech…

Dobrze, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Już o pierwszym brzasku szybko się zebrałam, zadeptałam ognisko i teraz wartko kroczę w kierunku wybranej na obóz równiny. Znaczy wartko, jak na miarę swoich możliwości. Od kilku dni jestem niemal nieustannie niewyspana, zmęczona i zziębnięta, takie coś rzutuje na kondycję. Może gdyby nie ta pogoda… Pochodzę z Anglii, jestem przyzwyczajona do deszczy, mżawek i ulew w dużym natężeniu, ale to tutaj to przesada! Leje i siąpi, siąpi i leje, niemal nie sposób naleźć suchego chrustu, a do tego jestem głodna. Ech, gdybym miała przy sobie wiatrówkę prędko ustrzeliłabym parę ptaków i problem byłby z głowy. Niestety muszę szukać tych przeklętych jagód, orzechów, korzonków, aby czymkolwiek zapełnić usta.  Boże jak ja tęsknię za jajecznicą na boczku, wędzonym śledziem, biszkoptem i gorącą herbatą…

Intensywne spojrzenie zatkniętego za pas kościanego berła, informuje mnie, że myślę na  głos. Właściwie nie tyle myślę na głos, ile pomstuję pod nosem na wszystko wokół i użalam się nad sobą.

- Przepraszam, mam skłonności do  zrzędzenia – mruczę pod nosem i przyspieszam kroku.

Wyznaczając miejsce przyszłego obozu zajrzałam raz czy dwa do notatek Higgsbury’ego. Wynika z nich, że nim dojdę na równinę muszę pierw przebyć dość niebezpieczne tereny: góry, określone przez niego mianem skałowiska i bagna. Jedne i drugie ponoć zamieszkują groźne bestie, a w dodatku same niejako czyhają na nieostrożnych podróżników. Jeżeli mocno się sprężę i wszystko pójdzie bez większych przeszkód to powinnam przejść przez nie w ciągu jednego dnia. Taki mam właśnie plan, bo coś mi mówi, że nocowanie w tamtych okolicach byłoby fatalnym pomysłem. Ciekawe…

Oko berła zaczyna gwałtownie trzepotać powiekami, wyraźnie chcąc zwrócić moją uwagę.

- O co chodzi?

Wyczekujące spojrzenie.

- Masz dla mnie jakąś wskazówkę albo ostrzeżenie?

Dwa mrugnięcia, znaczy nie.

- Czy to coś ważnego?

Dwa mrugnięcia. Nieważne.

- To o co chodzi?

Wyczekujące spojrzenie, a gdy odwracam głowę, znów trzepotanie powiekami. Czego ona chce u diaska? No czeg… Zraz. Chyba rozumiem.

- Chcesz porozmawiać, tak? Chcesz, żebym ci o czymś poopowiadała?

Jedno mrugnięcie okraszone intensywnym spojrzeniem.

Ech, no tak. Zaleca się rozmawianie z osobami w śpiączce i sparaliżowanymi, bo słuchanie cudzych opowieści jest dla nich jedyną rozrywką obok słuchania radia. Co prawda Christabella nie zalicza się do jednej ani drugiej kategorii, lecz jej stan przypomina nieco paraliż. Jedyne, co może to mrugać i bezwolnie podążać za berłem. Zapewne, skoro nie może sama wydusić ani słowa, chciałaby chociaż kogoś posłuchać, jednak nie jestem osobą mająca wiele do powiedzenia.

- A o czym chcesz usłyszeć?

Ciemnozielone oko wędruje pierw w górę, potem w dół, cały czas nie spuszczając mnie z… No oka.

- Chcesz, żebym opowiedziała ci o sobie?

Mrugnięcie.

- Nie wiem, o czym mogłabym ci opowiedzieć. Hm… Pochodzę z Wielkiej Brytanii, niewielkiego kraju wyspiarskiego będącego unią czterech narodów: Walii, Irlandii Północnej, Szkocji i Anglii. To zielona, ale też chłodna i deszczowa kraina…

Większość życia spędziłam milcząc. Nie ucinałam sobie z nikim towarzyskich pogawędek, jedynie odpowiadałam na pytania i zadawałam je. Konkretne pytania i konkretne odpowiedzi odnośnie ważnych kwestii, żadnego pustosłowia. Teraz znów… No cóż, jest to trochę jak wykład. Christabella zapewne niewiele widziała poza tą przeklętą wyspą, a jeżeli nawet, to nic z tego nie pamięta, więc opisuję jej Anglię i Ziemię w ogóle. Oczywiście na miarę możliwości. Dorzucam do tego parę słów o swojej rodzinie, tej bliższej i dalszej. Jednak najbardziej rozwodzę się nad ścieżką wiedźmy. Opowiadam o stosunku Ziemian do magii jako-takiej, ziemskich stworzeniach czarodziejskich, sztuce, Potęgach i tym podobnych. No i – nade wszystko – o swoich, „czarodziejskich” przygodach. Nim rodzice zgodzili się na laboratorium, długo musiałam się ukrywać ze swoją sztuką, co rodziło wiele problemów. Za pracownię na zmianę służyły mi stara stajnia, szopa, strych oraz opuszczony domek dla służby. Musiałam wciąż ukrywać się przed służącymi, wścibskimi sąsiadami, przenosić swoje rzeczy i zacierać za sobą ślady. Nie raz prowadziło to do różnorakich zdarzeń… Zabawnych z perspektywy czasu, ale kiedy miały miejsce, do śmiechu mi nie było. Nigdy zapomnę, kiedy w stajni pojawiła się tamta para. Tak mnie pochłonęło ważenie wywaru, że przestałam zwracać uwagę na otoczenie i usłyszałam ich dopiero jak byli u drzwi. Jedyne, co zdążyłam zrobić, to rzucić kiepski czar maskujący. Gdyby nie to, że  oboje byli zbyt zajęci sobą, miałabym poważne kłopoty, chociaż mimowolne podglądanie ich harców również nie należało do przyjemności. Podstarzały mleczarz i pulchna żona emerytowanego urzędnika pocztowego na stercie siana sprzed dekady… Widowisko z całą pewnością nie odpowiednie dla dziesięciolatki, nawet takiej, która od dawna wie, skąd się biorą dzieci.

- … mnóstwo owiec, takich średniej wielkości ssaków kopytnych… – urywam opowieść o ucieczce ze stodoły, spoglądając na wznoszącą się przede mną kupę skał.

Skalisko. Muszę przyznać, że nazwa nadana temu miejscu przez Higgsbury’ego pasuje dużo lepiej do miejsca niż góry. Zielone trawy, zioła i kwiaty powoli ustępują nielicznym mchom i porostom, które pokrywają coraz płytszą warstwę gleby, spod której wyłania się wysoka wyżyna z litej kały. Jest poorana występami oraz wąskimi potokami, pokrywają ją liczne głazy i przypominające zęby gigantów kamienie.  Rośliny praktycznie tu nie rosną, jedyne plamy zieleni to pokrywające skały glony, krzaczkowate porosty i przypominające pokrzywy chwasty.

Kiepsko. Do tej pory nie znalazłam nic do jedzenia, a wątpię abym trafiła tu na coś, czym mogłabym wypełnić żołądek. No cóż, przynajmniej pragnienie chwilowo nie jest problemem. Strumienie są krystalicznie czyste i pełne słodkiej, upiornie zimnej wody.

- Nie wygląda na szczególnie przyjazne miejsce.

Dobrze, gdzie ja dałam mapę… A tutaj jest. Hm… Skalisko biegnie aż do morza gdzie się kończy stromym urwiskiem, od zachodu opada ku zamieszkałej przez kozy i dzikie psy pustyni, a od wschodu ku dużemu obniżeniu terenu, zajętemu przez bagna i kolczaste namorzyny. Te powoli przechodzą w niewielką, wilgotną dolinę, a ta w trawiastą równinę, która jest  moim bezpośrednim celem. Spory kawałek drogi. Bardzo niebezpiecznej drogi.

Chcąc czy nie, zaczynam się wspinać po skalistej wyżynie, jednocześnie wyczulając swoje wewnętrzne zmysły, jak tylko potrafię najbardziej. To naprawdę niebezpieczne miejsce. Teoretycznie nie powinno tu być wiele zwierząt, jednak w tymczasowych zbiornikach wodnych tworzących się w skalnych  zagłębieniach jak szalone rozmnażają się rozmaite owady, które są pokarmem niewielkich drapieżników i ptaków, na które znów polują węże, jadowite pająki i ptaki drapieżne. Zresztą wszelkich, jastrzębiopodobnych stworzeń tu nie brak. Wysokie, sterczące  ku górze skały pokrywające kamienista wyżynę są idealnym miejscem na budowę gniazd, nawet dla tych, które mają swoje tereny łowieckie daleko stąd. Zresztą skrzydlate stworzenia pokonują wielkie odległości w zaledwie kilka minut, co to dla nich. Dwa machnięcia skrzydeł i już są gdzieś, gdzie ja musiałabym iść cały dzień. Ech, gdybym miała swoją moc, wystarczyłoby, żebym przekształciła cień i sama mogłabym latać. Parę minut i byłbym na miejscu.

Tymczasem muszę uważać na każdy krok. Wokół, nie raz poza zasięgiem wzroku, czają się węże, pająki oraz ptaki, które są gotowe rzucić mi się do oczu, jeżeli tylko podejdę zbyt blisko ich gniazd i cennych jaj. W dodatku sam grunt jest niebezpieczny. Obsuwające się spod butów kamienie, ostre odłamki skał i najgorsze – studnie. Pod  skaliskiem znajduje się sieć wypełnionych wodą jaskiń, do których można wpaść stawiając stopę na zamaskowanej gruzem  i kamieniami szczelinie, swoistej studni. Chwila nieuwagi i plusk – jesteś w pułapce bez drogi ucieczki. Można próbować utrzymać się jak najdłużej na powierzchni, ale w końcu braknie ci sił i utoniesz. Naprawdę, tu nie można sobie pozwolić na  nierozwagę.

Trudny teren, brak jedzenia i ciągłe wytężanie wewnętrznego widzenia sprawiają, że wkrótce opadam z sił. Mimo to idę dalej, zbierając co ciekawsze krzemienie – prędzej czy później sama będę musiała zacząć eksperymentować z kamienną bronią, więc lepiej zawczasu zebrać materiały – i rozglądając się za czymś do jedzenia. W prawdzie wątpię, żebym na cokolwiek trafi…

Zaraz, zaraz. Czy to nie wielki, tłuściutki wąż drzemie sobie pod kamulcem? Ależ tak. Ma chyba z półtorej metra, może trochę mniej, tyle co pęto kiełbasy… Kiełbasy z kręgosłupem biegnącym wzdłuż ciała. Niestety gad jest jadowity, ale dla kogoś z osadzoną na długim trzonku, kamienną siekierą to nie powinien być duży problem.

 Wypłaszam węża ze schronienia i niezbyt zręcznie odrąbuję mu głowę. No, właściwie to głowę i kawałek tułowia, nie jestem obeznana w zabijaniu uciekającej zwierzyny. W każdym razie jest martwy, o co chodziło. Teraz wystarczy go obedrzeć ze skóry i wypatroszyć, żeby otrzymać przyzwoity posiłek. No i upiec oczywiście, ale nie teraz. Wokół nie ma nawet jednego drzewa, zatem rozpalenie ogniska nie jest opcją. Rankiem zebrałam do Christabelli sporo chrustu, na wypadek, gdybym potem nie mogła znaleźć opału, ale wolę zachować go na noc.

Hm… Mimo wszystko przydałoby się zjeść coś już teraz. Do wieczora jeszcze szmat czasu, a ja muszę przejść jeszcze kawał drogi. Wiem, że surowe mięso jest obrzydliwe, ale chyba muszę zaryzykować.

Odkrawam fragment wężowego ciała, a resztę chowam do Christabelli. Niezdarnie posługując się krzemiennym nożem, oddzielam od kości, patroszę i skóruję mięso. To, co w efekcie otrzymuję wygląda jak długa, poszarpana pierś kurczaka. Ma podobny rozmiar i barwę, smak pewnie też. Smak surowego kurczaka. Bez soli i jakichkolwiek przypraw.

Dziele porcję na kilka kawałków i wsuwam jeden do ust. Berło przypatruje mi się z ciekawością.

- Obrzydlistwo – mruczę, spoglądając na mnie. – A ty nie potrzebujesz jedzenia?

Dwa mrugnięcia.

- Nie? Hm, znaczy czerpiesz energię z magii, przynajmniej w tej postaci. Zupełnie jak golem. Przedtem pewnie jadłaś, ale chwilowo masz ten problem z głowy. Na szczęście. W tych warunkach zdobycie czegoś pożywnego i smacznego to prawdziwe wyzwanie.

Coś w spojrzeniu berła mówi mi, że Christabella nie do końca się ze mną zgadza, ale cóż… Jak to podaje stare przysłowie: punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia.

Dokańczam obrzydliwy posiłek, po czym obmywam wymazane krwią dłonie w pobliskim strumieniu, gdzie gaszę też pragnienie. Pozwalam sobie jeszcze na kwadrans odpoczynku i ruszam w dalszą drogę.

Nagle coś wyczuwam. Zaraz, co to? Jakieś ogromne zwierzę zbliża się od strony oceanu. Pędzi w zastraszającym tempie! Co do diaska?!

 Zaraz. Ktoś jest tutaj. Tu, tuż obok.

 Dostrajam wewnętrzne spojrzenie i… Tak, jak myślałam, pan Skits. Jest niezwykle przejęty. Machając łapkami i biegając wokół szaleńczo, daje mi znać, żebym czym prędzej uciekała…

Doceniam intencje, ale sama na to wpadłam.

Bieg po skalisku, gdzie każdy zły krok może kosztować, jeżeli nie życie, to chociaż bolesne ukąszenie bądź paskudne złamanie nie jest prosty. W dodatku nie należę do osób szczególnie wysportowanych. Niestety nie mam dużego wyboru, więc lawiruję między skałami i głazami, pędząc mniej-więcej przed siebie. Chciałabym wiedzieć, co mnie ściga, ale na razie musi mi starczyć, że to coś naprawdę wielkiego, a co za tym idzie, potencjalnie morderczego.

Niestety, cokolwiek to nie jest, zbliża się, jest tuż, tuż. Nagle tuż za mną rozlega się okropny odgłos, przypominający skrzyżowanie ryku krztuszącego się wołu z dźwiękiem klaksonu. Ryzykuję szybkie spojrzenia przez ramię.

Pikuje na mnie gęś. Gęś o głowie łosia i rozmiarach samolotu wojskowego.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.