FANDOM


Na sam przód przepraszam za długi brak wpisów, ale wiele czynników się niestety nałożyło (brak weny, choroba, praca, zepsuty koputer). Jednak oba opowiadania mam zamiar dokończyć, bez obawy. Życzę miłego czytania.


III Po drugiej stronie lustra.

Muszę porządnie wyciągać nogi, żeby nadążyć za panem Skitsem. Nie jest materialny, więc nie spowalniają go wysokie trawy i ostrężyny, przez które przenika jak cień. Ja znów… No cóż, powiedzmy, że zdziczała, porośnięta chaszczami polana nie jest najłatwiejszym terenem dla kogoś w wełnianej sukni za kolana. Na domiar złego, co jakiś czas muszę przystawać, żeby zerknąć na mapę. Z trudem, ale udało mi się mniej-więcej określić miejsce, z którego wyruszyłam i co jakiś czas aktualizuję swoje położenie. To dziwne, ale wygląda na to, że w przeciągu dwudziestu lat prawie nic się tu nie zmieniło. Oczywiście, zaznaczony przez Higgsbury’ego spalony las zapewne zaczął zarastać roślinnością, a część pajęczych gniazd zmieniła lokacje, ale wygląda na to, że topografia terenu pokrywa się z mapą.

Hm lada moment powinnam natrafić na brukowaną ciosanymi kamieniami drogę. Jest, dokładnie tak jak zaznaczono to na mapie.

 Brukowana droga po środku dziczy. Równie to logiczne jak jedzenie lodów w środku zimy… Albo cmentarz z powtarzającymi się grobami. Szczerze powiedziawszy jej widok nieszczególnie mnie zaskakuje, ale liczyłam, że to jakiś błąd pana Higgsbury’ego. Nie powiem, wędrówka ścieżką z kamiennych kostek jest o wiele szybsza, lżejsza i przyjemniejsza od marszu poprzez chaszcze, jednak samo jej istnienie działa mi na nerwy. Jestem przyzwyczajona, że wszystko wokół mnie stanowi mniej-więcej logiczną całość. Cmentarz w środku lasu z trzykrotnie powtarzającym się na nagrobkach nazwiskiem Wilsona i moim własnym na jednym z pomników mógł być ponurym dowcipem, ale droga? Nie wydaje mi się, chociaż właściwie nie wiem czemu. Zwyczajnie wizja Królowej tworzącej sieć prowadzących donikąd dróg, jakoś mi nie leży. Podobne żarciki trzymają się raczej osób o przerośniętym ego, mających zwyczaj chichotać pod nosem i wygłaszać zjadliwe uwagi zaczynające się od słów „o, jakże mi przykro…”. Królowa znów wygląda na kogoś, kto jeżeli już chce zagrać komuś na nerwach, robi to z rozmachem.

Rosnące wzdłuż drogi chaszcze powoli ustępują niewysokiej, soczystej trawie, ziołom i kwiatom. Wokół słychać ciche buczenie pszczół, które mimo mżawki wytrwale zbierają nektar, kumkanie odbywających sezon godowy żab, a z oddali dobiega… Chrumkanie i świńskie kwiki? Brzmi to jakby za rogiem ktoś zbudował wielki chlew. Zaraz, zaraz… Ach tak. Wedle mapy Higgsbury’ego powinnam się zbliżać do wioski ludzi-świń.

Zerkam na biegnącego przodem Skitsa, lecz ów nie wygląda na zaniepokojonego odgłosami. Nic dziwnego, póki pozostaje w warstwie astralnej, nie ma ciała, które możnaby fizycznie zranić, ale ja to co innego. Nie mam ochoty poniewczasie przekonać się, że owi świnioludzie to lubujące się w ludzkim mięsie prymitywy. Co prawda Higgsbury opisał ich jako głupich, ale względnie łagodnych, jednak należy pamiętać, jak skończył. Jako pogruchotany szkielet. Nie zamierzam podzielić jego losu.

Wyciągam zza pasa kamienną siekierę i ściskam ją mocno, zwalniając kroku. Skits sprawia wrażenie nieco zdziwionego moim zachowaniem, jednak, podobnie jak ja, zwalnia. Po chwili, zza ściany przecinającego rozległą polanę lasu, wyłania się świńska wioska.

Rzędy malutkich, ale wysokich, przypominających szopy na narzędzia domków, parę prymitywnych ogródków i plantacji wysokich traw oraz  wijące się pomiędzy nimi ścieżynki. No i oczywiście świnioludzie, a raczej dziesiątki chodzących na dwóch nogach świń w przykrótkich spódniczkach z trawy, bo ludzkiej inteligencji nie wyczuwam. Owszem, świnie zajmują się ogródkami, pokrzykują od czasu do czasu jakieś słowo bądź dwa, ale to tylko pozory. Tyle w nich człowieczeństwa, ile w zwykłych mieszkańcach chlewu.

Skup się, Wren. Czym one właściwie są? A tak… Magicznie przekształcone wieprze, którym dano humanoidalne kształty, chwytne, przypominające trójdzielne kleszcze racice i krtań zdolną artykułować ludzką mowę. Zaprogramowano je też, aby uprawiały i chroniły swoje plantacje. Same nigdy by do tego nie doszły. Nie potrafiłyby zaorać, zasiać i czekać na plon. Informację, że zamiast od razu pożreć nasiona, trzeba je zasadzić i poczekać, sztucznie umieszczono w ich głowach. Mało tego. Założę się, że gdyby spłodziły małe prosiaczki, te byłyby najzwyklejszymi na świecie świniakami. Niestety nie będę mogła sprawdzić tej teorii, gdyż wszystkie, co do jednego, są sterylnymi samcami.

Wielkie, humanoidalne knury o chwytnych, ostrych jak sztylety racicach, wielkich szczękach i posturze niedźwiedzia. Knury przypominające ludzi, ale pozbawione moralności i podległe zwierzęcym instynktom. Najgorsze jest jednak to, że to świnie z Ziemi. Sprowadzono je tutaj i zmieniono, ale w pewnym sensie pozostały czyste. Inne zawleczone tu zwierzęta i rośliny przesiąkły Ciemnością, dostosowując się do reszty świata, ale nie one. Zupełnie jakby były pierwszym, żyjącym tu pokoleniem. W związku z tym, reagują na Ciemność tak, jak zwierzęta na Ziemi. Strachem i ocierającą się o agresję nieufnością.  A ja jestem dzieckiem Ciemności…

Jak pech to pech.

Dobrze Wren, teraz nadszedł czas, żeby zachować spokój, tak jak na wsi w towarzystwie owiec. Tak, jest ich więcej, zatem sytuacja nie wygląda kolorowo, ale raczej nie mają ochoty cię zaatakować. Boją się, widzą w tobie potencjalnie drapieżnika, a do takich lepiej się nie zbliżać. Wystarczy, że będziesz utrzymywać zdrowy dystans, zachowywać się pewnie i NIE uciekać.  Zwierzęta zawsze gonią tego, kto ucieka. Wszystko będzie dobrze…

Ech, może lepiej by mi szło przekonywanie siebie, gdyby te knury nie były takie wielkie. To nie świniaki wuja Johna, tylko żywe, potencjalnie mordercze machiny. To, że zbudowano je z wieprzowiny niczego nie zmienia.

  Okrzyki „Precz”, „Skażona”, „To nasze miejsce”, „Prawie potwór”, „Won”, „Idź stąd” dobiegają zewsząd, a lada moment mogą posypać się kamienie. Skits sprawia wrażenie zaskoczonego. Wyraźnie nie spodziewał się, że opisani przez Higgsbury’ego  jako „łagodni i względnie przyjaźni” świnioludzie, tak zareagują na mój widok. W sumie nic dziwnego. W końcu egzystuję w innej warstwie rzeczywistości i pewnie nie czuje różnicy między mną, a innymi ludźmi.

- Ciemność nie jest akceptowana przez istoty bezpośrednio nie wywodzące się z niej lub chociaż nie tknięte nią. Jeżeli to nie świńską wioskę chciałeś mi pokazać, to lepiej wynośmy się stąd i to szybko, bo mogą być kłopoty – wyjaśniam mu.

Skits przytakuje, po czym gwałtownie skręca w prawo, zbaczając z ścieżki. Oddalając się od wioski, wchodzimy w gęsty bór, przez który wędrujemy około pół godziny, po to, by wkrótce powrócić na porośnięte soczystą trawą i kwiatami tereny. Jest tu też droga, tym razem nie brukowana, tylko gruntowa, ale jest.

Nie mam pojęcia, gdzie cień mnie prowadzi, bo według mapy zmierzamy do kolejnego lasu, ale mam nadzieję, że podróż nie potrwa nazbyt długo. Zbliża się wieczór, robi się zimno, a do tego ten siąpiący deszcz. Paskudna pogoda. Ciągle tylko zimno, wietrzno i mokro, a jakby jeszcze tego było mało, to po zachodzie słoń…

Zaraz, a co to takiego?

Tuż obok drogi z ziemi wystaje… Wielka kość z okiem? Tak, a przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut… Hm, oka. Czuć od tego aurę magii różnego pochodzenia, zatem musi to być jakiś rodzaj czarodziejskiego berła czy różdżki. Bardzo nietypowego, czarodziejskiego berła. Magowie mają różne gusta, ale porcelanowo-biała kość, zwieńczona tkwiąca w powiece, rogatą gałką oczną u dołu obrośniętą odrobiną rudo-brązowej sierści, to dziwactwo.

Skits przysiada obok berła i zerka znacząco to na mnie, to na nie. Zatem mam je wziąć? Ha! Już dawno życie nauczyło mnie, żeby nie tykać przedmiotów magicznych nieznanego pochodzenia, a przynajmniej nie, póki ich dokładnie nie zbadam. Niestety teraz zbadanie berła jest niemożliwe. Czuję magię, ale już nie potrafię w pełni rozpoznać jej rodzaju ani intencji z jaką została wpleciona w dany przedmiot. Chatki świń też są magiczne i Bóg mi światkiem, prędzej dałabym sobie obciąć rękę, niż pozwoliłabym zawlec się do jednej z nich. Z drugiej strony przebyłam szmat drogi i zmarnowałam cały dzień, dla tego właśnie przedmiotu.

- Co to robi?

Skits patrzy na mnie bezradnie. Nie potrafi wyjaśnić.

- Jest groźne?

Gwałtownie potrząsa głową.

Zatem nie jest groźne, a przynajmniej on tak twierdzi. Szkopuł w tym, że nie mam pewności na ile  mogę mu ufać. Z drugiej strony, skoro straciłam już tyle czasu i energii, to może warto, spróbować? W końcu, gdyby chciał mojej śmierci, mógł załatwić to inaczej. Chociażby zaprowadzić mnie w jakieś naprawdę niebezpieczne miejsce. Owszem, widzę naturę rzeczy – niewyraźnie i z trudem, lecz jednak – i z pewnością wyczułabym niebezpieczne monstra na odległość, ale gdybym, dajmy na to, szła z wiatrem one mogłyby mnie wyczuć pierwsze. Wtedy wszystko zależałoby od szybkości moich nóg, a nie jestem najlepszą biegaczką.

A niech tam. Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

Biorę w dłoń berło i niemal dostaję zawału, kiedy oko gwałtownie mruga i spogląda wprost na mnie, a obok zjawia się TO. Wielki, kudłaty stwór o małych, „koźlich” różkach i niezwykle szerokiej, pełnej okrągławych zębów paszczy.

Szlag!

Przestraszona rzucam berło, odskakując gwałtownie, przy czym tracę równowagę i padam jak długa na ziemię. Ała, moje, biedne pośladki, moje biedne wszystko… Dlaczego muszę być zręczna jak kulawy słoń?

Dobrze, jeszcze żyję, znaczy przyzwany berłem stwór raczej nie ma krwiożerczych zamiarów… Przynajmniej wobec mnie. W przeciwnym razie już zgniatałby moją głowę tą swoją wielką paszczęką.

Wstaję, otrzepując sukienkę z trawy… W sumie nie wiem po co. Po tygodniu spania na ziemi jestem tak brudna, że parę ździebeł nie robi dużej różnicy. Boże, co ja bym dała za świeżą bieliznę, wannę ciepłej wody i mydło… Ech… Skits wygląda na niezwykle rozbawionego moją wywrotką – jawnie chichoce. Oczywiście bezgłośnie, przynajmniej dla mnie, jako że przebywa w innej warstwie rzeczywistości, ale jednak.

- Tak, tak, wiem… Niezdara ze mnie. No dobrze, to kogo mu tu mamy?

Leżące na trawie oczne berło spogląda na mnie intensywnie od czasu do czasu mrugając, a przyzwany przez nie stwór siedzi grzecznie obok posapując. Przez swoją szeroką paszczę wygląda jakby się uśmiechał. Wielki, uśmiechnięty kłak rudo-brązowego futra na klockowatych łapkach. Właściwie to jest całkiem sympatyczny… Mimo ogromnego, obślinionego jęzora wylewającego się z ust i braku oczu. Brak oczu, hm… Zgaduję, że berło jest w jakiś pokrętny sposób jego okiem. Dobrze, chyba muszę się temu przyjrzeć bliżej.

Stwór jest z natury magiczny, a w dodatku na pewno został przekształcony przez Nich czy też Królową, więc zobaczenie jego natury nawet w normalnych byłoby potwornie trudne. Teraz znów… No cóż, na pierwszy „rzut oka”, mogę stwierdzić jedynie, że został spętany i zdegradowany, ale to przypadłości, na które cierpią wszystkie stworzenia podległe wezwaniom. Żeby dostrzec coś więcej, muszę go dotknąć. Jego i berła.

Zaciskam berło w jednej dłoni, a drugą kładę na grzbiecie stwora. Gdy tylko to robię, rozwiera ogromną paszczę na całą szerokość, tak gwałtownie, że odskakuję. Przestraszona spoglądam w  jego pysk i… Patrzę we wnętrze skrzyni. Tak, skrzyni i to znacznie większej niż jego zewnętrze. Zatem uczyniono z niego żywą, poruszającą się przestrzeń magazynową. Nie powiem, ciekawa idea, aczkolwiek nie wiem czym był wcześniej.

No dobrze, czyli to coś rozwarło pysk, żeby mi pokazać, że jest kudłatą i ruchomą skrzynią, a nie po to, żeby mi odgryźć głowę. Dobrze. No to sprawdzamy czym to jest. Znowu kładę temu dłoń na łbie, zamykam oczy, skupiam się i…

Och nie. Jak mogli, przecież to czysta podłość. Biedaczek… Nie, nie biedaczek, biedaczka. Stwór jest samiczką. Ja się martwię spętanymi mocą i widzeniem, a ona… Mnie przynajmniej zostawiono w spokoju umysł i wolę, a to… Przecież to niewolnictwo i to w najgorszym wydaniu!

- Biedactwo…  – głaszczę kudłaty grzbiet. – Co Oni ci zrobili… Podłe kanalie. Bez obaw, postaram się być dobrą panią, a jeżeli uda mi się jakoś wydostać z tego galimatiasu, uwolnię cię. Jestem wiedźmą, znam się na takich rzeczach.

Skits przygląda się  mi się i rozkłada pytająco łapki. Zatem nie wie…

- Jest inteligentna, jej duch i rozum dorównują ludzkiemu. Niestety została spętana. Odebrano jej głos, związano wolę i zmuszono do podążania za berłem. Właściwie to chodzenie za tą cholerną kością czy co to właściwie jest, to chyba jedyne, co potrafi…

Zdziwienie Skitsa ustępuje ponuremu wyrazowi, który po chwili znów zmienia się w zaskoczenie. Cień skazuje na moją rękę. Nie, nie na rękę tylko na berło. Wieńczące je oko gwałtownie mruga, spoglądając intensywnie na mnie. Czyżby…?

- Jedno mrugnięcie na tak, dwa na nie, trzy na nie wiem. Zrozumiałaś mnie? – pytam.

Jedno mrugnięcie. Zatem zrozumiała i mimo spętania może się ze mną komunikować. Wyraźnie narzucili mocniejsze więzy na ciało niż na berło, które, zdaje się, jest jej częścią.

Po tygodniu bezowocnej tułaczki jednego dnia znajduję ekwipunek, mapę wyspy, pełne cennych informacji notatki, plecak oraz żywy kufer i towarzyszkę podróży w jednym… Dwoje towarzyszy podróży, jeżeli pan Skits zdecyduje się nadal dotrzymywać mi towarzystwa. Prawdziwa plaga urodzaju. Ciekawe, kiedy los wystawi mi rachunek i jak wysoki.

- Dobrze. W takim razie pozwól, że się przedstawię. Lady Wren Winter z świata zwanego Ziemią. Człowiek, medyk, istota ciemności i nienajgorsza w swym fachu wiedźma. Miło cię poznać…

Dopiero teraz dostrzegam napis zdobiący kość. Christabella McFallen.

- … Christabello. Zapewne nasza komunikacja będzie nieco utrudniona przez ograniczenia jakie na ciebie narzucono, ale mam nadzieję, że uda nam się zawrzeć więcej niż tylko nić porozumienia. Jednak pierw rozpalę ognisko, jeżeli pozwolisz. Królowa niezbyt przyjemnie traktuje tych, którzy pozostają w ciemnościach, a słońce jest już nisko nad horyzontem.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.