FANDOM


Przepraszam za długą przerwę, ale miałem dużo spraw na głowie.

Don’t Starve

Dziennik Wilsona P. Higgsbury

Dzień 1

Gdy się ocknąłem nie pamiętałem zbyt wiele. Wzrok odmawiał mi posłuszeństwa. Przemknął mi przed oczami jedynie rozmazany obraz eleganckiego mężczyzny pykającego cygaro. Ostrożnie wstałem i rozejrzałem się. Nie znałem tego miejsca. Nie wiedziałem jak się tu znalazłem ani nawet tego czy wciąż jestem na Ziemi. Była to, jak przypuszczam godzina siódma, gdyż poczułem, że czas na śniadanie. Przespacerowałem się po otaczającym mnie pięknym, tajemniczym lesie w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Po godzinnym poszukiwaniu udało mi się znaleźć kilka marchewek i jagody. Nie było źle. Nagle poczułem, że wdepnąłem w coś lepkiego. Po krótkich oględzinach stwierdziłem, że to pajęczyna, a na jej środku osadzony był dziwny kokon. Podszedłem bliżej, aby dokładniej go zbadać. Niespodziewanie z kokonu wyskoczył wielki, włochaty pająk! Rzuciłem się do ucieczki. W biegu podniosłem pierwszy lepszy patyk i zacząłem wymachiwać nim na oślep. Usłyszałem skrzek umierającego stwora. Pająk leżał martwy na ziemi. Postanowiłem, że trzeba sprawić sobie jakieś ubranie i broń na wypadek kolejnych spotkań z potworami. Uszyłem naprędce trawiastą tunikę, a następnie skleciłem prymitywną siekierkę. Zrąbałem trochę drewna i udałem się w bezpieczne miejsce, by rozpalić ognisko i przeczekać noc. (Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby wychodzić gdzieś w nocy)


Don’t Starve

Dziennik Wilsona P. Higgsbury

Dzień 2

      

O poranku czułem lekkie zawroty głowy. Mój żołądek domagał się pożywienia. Z nadzieją przeszukałem pobliskie krzaki, jednak wszystkie były puste. Musiałem iść dalej. Nie miałem dziś szczęścia. Jednakże, natrafiłem na solidnie udeptana ścieżynkę. Moje serce zabiło mocniej. Podążałem nią aż do momentu gdy na jej miejscu pojawiła się brukowa droga. Czyżbym nie był tu sam? Przyspieszyłem tempa, aby jak najszybciej się o tym przekonać. Po jakimś czasie wyszedłem na sporą polankę, na której znajdowały się drewniane, średnio zaawansowane architektonicznie domki. Po lokatorach nie było śladu. Na pewno nie byli to wybitni architekci, ale za to doświadczeni rolnicy. Na polanie roiło się od ułożonych symetryczniew idealne kwadraty  kęp trawy i krzaków jagód. Pomyślałem, że to świetne miejsce na obozowisko, wpierw jednak musiałem się dowiedzieć kto tu mieszka. Postanowiłem poszukać lokatorów w pobliskim lesie. Lekko się rozczarowałem gdy spotkałem lokatorów polany, ponieważ były to przerośnięte, człekokształtne… świnie? Miało to również swoje zalety, gdyż one na pewno nie będą miały pretensji o moje zamieszkanie wśród nich. Robiło się już póżno, więc rozpaliłem ognisko. (Świnie też się tym przejęły i pobiegły do swych mieszkań) Przed nocą ostatni raz rozejrzałem się po polanie. W oczy wpadła mi nieznana dotąd roślina, przypominająca pietruszkę. Wyciągnąłem ją z ziemi, a ta… ożyła! Zaczęła skakać popiskując rozczulająco. Podążała za mną, kiedy gdzieś szedłem, a gdy się zatrzymywałem, wracała do swojej czynności(Piszczenia i skakania) Dorzuciłem szyszek do ognia i ułożyłem się do snu…

Don’t Starve

Dziennik Wilsona P. Higgsbury

Dzień 4

       Tej nocy nie dane mi było odpocząć. Co prawda Truffle był po przespanych dwunastu długich godzinach snu w szczytowej formie,  ja nie mogłem zasnąć. Narastające się warczenie stresowało mnie przez całą noc, ale teraz nagle się urwało, co zaniepokoiło mnie jeszcze bardziej.  Niebezpieczeństwo było już… - nie dokończyłem zdania, gdyż z krzaków wyskoczył wściekły pies gończy. – O wilku mowa – Pomyślałem w duchu, z przerażeniem na twarzy. Na jego czarnym brudnym futrze gdzieniegdzie były widoczne ciemnobrązowe pasma sierści. Wielkie , majestatyczne kły i pazurzaste łapy były dla mnie wystarczającym powodem do ucieczki. Byłem w miarę bezpieczny, dopóki Truffle okładał zwierzę pięściami. To by dopiero przyjaciel (Niestety, nazywał mnie swoim przyjacielem jedynie dlatego, że nakarmiłem go zbywającym mi i powoli gnijącym mięsem z potwora). Truffle walczył zawzięcie, aczkolwiek nie dał rady kolejnemu, który rzucił się na niego z niewiadomo kąd. Po zaledwia kilku kłapnięciach zębatych szczęk mój „przyjaciel” padł na twarz, a psy rozszarpały truchło na kawałki. Schowany w krzakach modliłem się,  żeby zapomniały o mnie… Nie podziałało. Śmierć zbliżała się nieubłaganie, aż nagle tuż obok mnie wyskoczył trzeci pies, skamlący żałośnie. Ziemia się zatrzęśła, w oddali słychać było trzask łamanych drzew. Teraz można było usłyszeć także nachylający się tętent kopyt… Z leśnej gęstwiny rycząc wściekle wyłoniło się stado bawołów. Ztaranowały bestie niszcząc je doszczętnie. Oprócz powszechnego hałasu usłyszałem jednie cichy jęk zmiażdżonych potworów. Uratował mnie jedynie fakt, że bawoły przechodziły teraz okres godów i nie spodobało im się, iż pies próbuje im w tym przeszkadzać. Gdy moi włochaci wybawcy oddalili się, wstałem, otrzepałem się z kurzu i postanowiłem wynaleźć coś co ułatwi mi choć trochę przeżycie. Szedłem przed siebie w poszukiwaniu potrzebnych materiałów. Moją uwagę przykuła skała prześwitująca złotawymi pasmami. Pomyślałem,  że to dobre źródło kruszcu. Z patyków i krzemieni zrobiłem kilof i zacząłem obrabiać skałe, by zobaczyć co kryje w środku. Poprzekopaniu tej i kilku innych skał udało mi się zdobyć trzy samorodki złota, dwadzieścia małych kamyczków oraz dwanaście kawałków krzemienia.  Uważałem, że to mi wystarczy. Wróciłem do obozu i dałem się ponieść wyobraźni. Wyszła mi dziwna maszyna przypominające nieco człowieka. Całe natchnienie przelałem w szamą maszynę niezbyt oryginalnie nazwałem ją „Maszyną Nauki”, poniwa do nauki służyła. W mojej głowie siedziały już pomysły na model śpiwora, włóczni i innych rzeczy, które z pewnością mi się przydadzą. Miałem już też pomysł na rozładowanie ambicji w kolejnej dziwnej maszynie. Silniku Alchemicznym…

Don’'t Starve

Dziennik Wilsona P. Higgsbury

Dzień 5

Obudził mnie rześki powiew  rannego powietrza. Czułem się świetnie. Nareszcie mogłem się wyspać i nie musiałem się martwić kolejnym atakiem. Drażniła mnie jedynie natrętna mucha latająca nad moją głową. Przegryzłem kawałek psiego mięsa, a następnie poszedłem się obmyć w pobliskim stawie. Dopiero wówczas spostrzegłem, że urosła mi broda, prawie niewidoczna, ale szorstka i drażniąca. Z kilku patyków i krzemienia skleciłem pośpiesznie prymitywną brzytwę i ogoliłem się. Widok wszechobecnych świń wprawiał mnie w przygnębienie. Cały czas pamiętałem poświęcenie Truffla, który uratował mi życie. Postanowiłem wybrać się na przechadzkę w głąb lasu. Z dala od wioski i mojego obozu miałem czas na przemyślenia. Usiadłem pod wielką sosną i rozmyślałem. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie – Czy to wszystko ma sens? – nie znałem odpowiedzi.  Nagle drzewo poruszyło się.  To nie był tylko wiatr. Korzenie podniosły się w górę, zrzucając mnie na trawę. Ukształtowały się w masywne stopy i porosły liśćmi. Stwór wydał z siebie donośny ryk i ruszył do ataku. Pochwycił mnie w swe wielkie szpony i cisnął mną o ziemię. Straciłem przytomność.

***

Ocknąłem się w jakimś dziwnym miejscu. Stwierdziłem, że to coś w rodzaju kulistej klatki uformowanej z grubych gałęzi, zawieszonej na wielkim pniu.  Był środek nocy, oświetlało mnie jedynie słabe światło płomyka tlącego się na ognisku oraz blask księżyca. Po drzewcu nie było śladu. Martwiła mnie myśl, że być może  wybrał się po dodatki do pieczonego Wilsona… Zorientowałem się, że wraca, słysząc ciężkie kroki ogromnego stwora. Czułem, iż nie dożyję ranka. Z nadzieją sprawdziłem czy mam przy sobie siekierę, niestety leżała pięć metrów pod moim więzieniem. Przerażony zupełnie zapomniałem o niepozornej brzytwie schowanej na dnie mojej kieszeni. Usłyszałem dźwięk prującego się materiału. Obróciłem się sprawdzając co jest przyczyną, a w mojej ręce wylądowała brzytwa. - Jestem uratowany! - zawołałem podniecony. Potwór był coraz bliżej. Rozpaczliwie piłowałem  gałęzie, a drzewiec znajdował się już w moim polu widzenia. Wreszcie kraty ustąpiły. Wskoczyłem na gruby pień i ześlizgnąłem się na murawę. Jednak drzewiec zdążył zauważyć   uciekającą ofiarę i rozpoczął pościg. Chwyciłem kij leżący obok, podpaliłem go szybko w gasnącym ognisku i pobiegłem przed siebie nie wiadomo dokąd, byle tylko zgubić powolnego potwora. Potknąłem się o kamień i wpadłem w gęste krzaki. Nie miałem odwagi się wychylać. Czekałem. Z ulgą przyjąłem wiadomość,  że drzewiec zostawił mnie w spokoju, ale nie wszystko było dobrze. Ze strachem wpatrywałem się w niknące i tak już malutkie światło pochodni… Zgasła…Czuję jak ogarnia mnie ciemność…Nic nie widzę…Hej, co to za dziwny dźwięk?!  W mojej prawdopodobnie ostatniej sekundzie życia zalało mnie światło. Wstał nowy dzień. Jedynym problemem, który mnie teraz martwił było dręczące mnie pytanie – Gdzie ja jestem?

Don’'t Starve

Dziennik Wilsona P. Higgsbury

Dzień 6

                Przygoda z drzewcem skończyła się dla mnie o tyle dobrze, że nadal żyję, ale żeby nie było tak bajkowo znalazłem się w jakimś upiornym miejscu. Podłoże było lepkie i śliskie, całe ciemnofioletowe z licznymi plamami o jaśniejszym odcieniu. W oddali widać było konstrukcje względnie podobne do mieszkań świń. Różniły się tym, że były doszczętnie zrujnowane i zamieszkane przez oślizgłe, rybopodobne stwory, wydające z siebie mrożący krew w żyłach skrzek. Wolałem się do nich nie zbliżać. Liście na drzewach i krzewach zastąpiły tu ostre kolce. Zdawało mi się, że widzę jakiś ruch pomiędzy trzcinami w rozległych szuwarach. Nagle z ziemi wynużyła się długa macka. Zaczęła trzaskać powietrze po czym schowała się w ziemi.  Z tego spotkania wyszedłem z rozciętym ramieniem (macka była zaopatrzona przez naturę w szpiczaste kolce na swoim końcu), ale pozostałem przy życiu.  Zerwałem z pobliskiego krzaka kilka liści i związawszy je sznurkiem opatrzyłem ramię. Nie zwlekając oddaliłem się od bagnistego terenu. Nagle, natrafiłem na dziwne zwałowisko głazów, przysypujące jakąś, zdaje się dziurę. Wyciągnąłem kilof i umierając z ciekawości począłem rozłupywać głazy. Kiedy usunąłem wszystkie kamienie, ukazała mi się stara lina prowadząca w głąb przepaści. Spuściłem się po niej ze świadomością, że mogę nie wrócić. Na dnie leżał szkielet śmiałka, który podobnie jak ja zdecydował się tu zapuścić. Pozwoliłem sobie zkorzystać z jego kasku górniczego, by oświetlić sobie drogę. Miałem przy sobie tylko starą włócznię,  kilka jagód, marchewkę i drewniany napierśnik. Musiało mi to wystarczyć. Zapaliłem kask i ruszyłem przed siebie. Z sufitu zwisały ostre stalaktyty, a na ziemi gdzieniegdzie piętrzyły się stalagmity. Miałem nadzieję, że nie spotkam tu żadnych groźnych stworów, jednakże jak przewidywałem, moja nadzieja szybko prysła, gdy z ciemoności wyskoczyły pająki jaskiniowe. Wyciągnąłem włócznie, ale widząc, że na pomoc koledze rzuciły się na mnie pająki z pobliskich gniazd wybrałem rozsądniejsze rozwiązanie – uciekać! Potykałem się i kaleczyłem o wystające kamienie i skały, jednak brnąłem na przód. Z ulga stwierdziłem, że zgubiłem pająki, po czym oparłem się o głaz i wyciągnąłem marchewkę. Nie dane mi było zjeść w spokoju. Usłyszałem podejrzane popiskiwanie i coś, jakby kicanie. Nim zdążyłem się zoriętować zza stalagmitu wyskoczył wielki królik! Przygwożdził mnie do gleby i wyszarpał z dłoni marchewkę. Myślałem, że już po mnie, ale… gdy królik skończył marchewkę stał się potulny jak baranek (znów zatęskniłem za Trufflem). Pomyślałem, że  pora wracać na powierzchnie, ponieważ robiło się już późno. Nagle rozległ się łomot, Wszystko zaczęło się trząść z sufitu spadały kamienie, złoto, saletra i inne kruszce. Przede mną uformowała się gruba ściana z osuniętych skał. Wiedziałem, że nie wrócę do obozu na czas, więc musiałem znależć jakieś schronienie. Zobaczyłem, że królik zaczął kicać  do tunelu, a ja z nadzieją na znalezienie schronienia pobiegłem za nim. U wylotu tunelu ujrzałem całą króliczą wioskę zrobioną z… marchewek? Mniejsza oto. Okazało się, że królik, którego spotkałem nazywał się Jerry. Jerry zaprowadził mnie do swojego marchewkowego domku. Mimo niecodziennego kształtu, był bardzo przytulny. Byłem bardzo zadowolony, że wreszcie będę mógł się wyspać po tym ciężkim dniu…



Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.